Jak wyglądała droga Kamila do osiągnięcia sukcesu w piłce nożnej i co sprawiło, że go osiągnął, a co z perspektywy czasu chciałby zmienić? Jak wyglądało przygotowanie fizyczne w wiodących drużynach europejskich?

Kamil Kosowski: Polski piłkarz grający na pozycji pomocnika, wychowanek KSZO Ostrowiec Świętokrzyski. 3-krotny mistrz Polski z Wisłą Kraków. W latach 2001-2009 wystąpił w 52 spotkaniach reprezentacji Polski, w których zdobył 4 bramki. Ponadto występował w takich klubach jak m.in.: Górnik Zabrze, 1. FC Kaiserslautern, Southampton F.C., Cádiz CF, APOEL Nikozja, GKS Bełchatów. Obecnie ekspert stacji Canal Plus.

Zapraszam do wysłuchania odcinka.


O czym usłyszysz w tym odcinku podcastu?

  • 2:15 Czy Kamil lubił trenować
  • 3:00 Czy  w młodym wieku Kamil oddzielał granie w piłkę od treningu jako takiego
  • 5:03 Jakie czynniki w pierwszych latach treningu Kamila miały wpływ na to, jakim później stał się piłkarzem
  • 7:46 Czy na początku kariery Kamil miał wokół siebie osoby, które go wspierały, czy radził sobie sam
  • 10:13 Jakie wsparcie i którym momencie mogłoby sprawić, że Kamil osiągnąłby jeszcze więcej
  • 17:13 Co Kamil dzisiaj doradziłby młodemu, 13-15 letniemu piłkarzowi, który marzy o „dorosłej” karierze piłkarskiej
  • 20:48 Czy z perspektywy czasu o sukcesach Kamila zadecydował talent, czy ciężka praca
  • 23:51 Jak wyglądały treningi piłkarskie w latach 90-tych i czy coś się zmieniło od tamtej pory w kontekście przygotowań piłkarzy w ekstraklasie
  • 27:09 Jak w połowie lat 90-tych wyglądał trening siłowy w Górniku Zabrze
  • 29:20 W którym klubie po raz pierwszy Kamil spotkał się z trenerem przygotowania motorycznego
  • 34:53 Których trenerów przygotowania fizycznego Kamil zapamiętał najlepiej i dlaczego
  • 38:29 Czym charakteryzował się styl pracy Lorenzo Buenaventury
  • 41:02 Kulisy Wisły Kraków na początku 20.wieku. Jak się trenuje, żeby wygrać z Parmą, Schalke, i toczyć wyrównane boje z Lazio w 1/8 ówczesnego Pucharu UEFA
  • 47:18 Co Kamil najbardziej zapamiętał z pierwszego pobytu w Wiśle Kraków, a co najmilej wspomina
  • 50:31 Czy Kamil musiał poświęcić dużo czasu, aby dorównać do formy fizycznej innych zawodników Kaiserslautern, kiedy pierwszy raz wyjechał z Polski na wypożyczenie
  • 55:20 Czy w okresie, kiedy Kamil był zawodowym piłkarzem, brał udział w treningach uzupełniających poza klubem
  • 58:28 Jak wymagający był trening w Championship
  • 1:01:45 Jak o aspekty fizyczne dbał Gareth Bale
  • 1:04:13 Jak do tematu regeneracji podchodzili trenerzy w Niemczech i w Anglii oraz co się w tej kwestii zmieniło na przestrzeni czasu
  • 1:09:12 Dlaczego trening we Włoszech był dla Kamila jednym z najtrudniejszych
  • 1:10:48 Co z perspektywy czasu Kamil uważa za swój największy sukces w karierze
  • 1:13:43 Gdzie Kamil umieściłby na osi swoich osiągnięć występy w reprezentacji Polski i m.in. na mistrzostwach świata w Niemczech
  • 1:16:38 Dlaczego praktycznie po każdym turnieju XXI wieku, w którym brała udział nasza reprezentacja, przygotowanie motoryczne było jednym z głównych winowajców porażki na turnieju
  • 1:22:10 Co Kamil powiedziałby dzisiaj 25 lat młodszemu sobie

Podcast do poczytania

Kuba Podgórski Moim dzisiejszym gościem jest Kamil Kosowski, przez polskich kibiców kojarzony z występów w Wiśle Kraków na początku dwudziestego pierwszego wieku. W Wiśle, która była symbolem dominacji w polskiej piłce klubowej oraz Wiśle, która w europejskich pucharach stawiała czoła takim potęgom jak Barcelona, Real Madryt, Parma, Schalke, Lazio Rzym. Kamil wyróżniał się przede wszystkim dryblingiem i klasycznym „ciągiem na bramkę”, który był możliwy m.in. dzięki świetnemu przygotowaniu fizycznemu i współpracy z trenerem Ryszardem Szulem. Co doprowadziło mojego dzisiejszego gościa do gry w najlepszych ligach na świecie? W którym klubie spotkał po raz pierwszy trenera przygotowania fizycznego? Jak wspomina współpracę z Lorenzo Buenaventurą, najbliższym współpracownikiem Pepa Guardioli i trenerem przygotowania fizycznego Manchesteru City? Dlaczego nie uznawał odnowy biologicznej? W którym kraju obciążenia były największe? Jak wspomina treningi z młodym  Garethem Balem? Dlaczego po każdym dużym turnieju przygotowanie fizyczne w reprezentacji jest uważane za jedną z głównych przyczyn porażki i czy słusznie? Zapraszam do wysłuchania odcinka.

KP Cześć Kamil, dziękuję Ci za przyjęcie zaproszenia. Kamil – nie każdy może o sobie powiedzieć, że grał w najlepszych ligach świata. Ale zanim spróbujemy odpowiedzieć na pytanie, co cię tam doprowadziło i co w największym stopniu o tym zdecydowało, pytanie – a jakże – rozgrzewkowe: czy Kamil Kosowski lubił trenować?

Kamil Kosowski Tak, oczywiście. Uwielbiałem to i dla mnie trening to w zasadzie był każdy dzień. Każdy dzień, kiedy z chłopakami spod bloku, jak to się jak to się fajnie mówiło, graliśmy w piłkę po prostu po szkole. Wszyscy spotykali się na boisku – w zasadzie nie było innego zajęcia. To nie program o wędkarstwie, bo tutaj też bym mógł się rozwinąć, natomiast główną naszą pasją, zabawą, była gra w piłkę na betonowym boisku.

KP Czy w młodym wieku, kiedy ta pasja się rodziła, odróżniałeś granie w piłkę od treningu? Mówiąc „trening” mam na myśli wszystkie, być może niekiedy nudne, wydawałoby się, czynności – to mogły być treningi fizyczne bądź treningi techniczne. Czy to oddzielałeś, czy kochałeś i tą formę i tą? Czy generalnie chodziło o granie w piłkę?

KK Zdecydowanie chodziło o granie w piłkę, bo graliśmy praktycznie przez cały rok. Jak spadł pierwszy śnieg, to zaraz był mecz piłkarski. Jak była woda, to za chwilę był mecz piłkarski (chodzi mi o powierzchnię na boisku). Jak było gorąco i ten beton palił po prostu w stopy czy w ręce, to też graliśmy w piłkę, także tutaj nie było podziału na trening. Trening nie był rozbity na kwestie piłkarskie, techniczne, czy przygotowania fizycznego. I jak tak sobie wracam pamięcią, to na pierwszy trening do KSZO Ostrowiec, pojechałem w wieku 8 lat z kolegami na gapę autobusem. Też nie mogę powiedzieć, że to były treningi, które jakoś odbiegały od, ot po prostu, gry w piłkę. Czyli trening strzelecki i gierka. Z tym spotkałem się troszeczkę później, w wieku 10 lat. Ale to nie były treningi stricte fizyczne, odnośnie przygotowania fizycznego, tylko to były treningi techniczne. Ja wiem, że mamy takie a nie inne czasy, ale kiedyś trening z trenerem (bo tutaj będę pozdrawiał) Kapką wyglądał tak, że dostawaliśmy ławkę i obijaliśmy o tą ławkę piłkę przez godzinę. To było tylko przyjęcie/podanie/przyjęcie/podanie. To samo ściana. Później 15 minut graliśmy w piłkę. Wiem, że teraz trudno by było to zaaplikować dzieciakom, bo pewnie po jednym treningu zniechęciłyby się do przychodzenia.

KP Tak, właśnie ten temat chciałem poruszyć. Jesteś wychowankiem, tak jak wspomniałeś, KSZO Ostrowiec, do którego poszedłeś po raz pierwszy w wieku 8 lat. W wieku czternastu lat przechodzisz do Gwarka Zabrze, znanego ze świetnej pracy z młodzieżą. Jak myślał młody Kamil Kosowski? Czy liczyła się właśnie dla Ciebie tylko piłka, czy kiełkowało gdzieś z tyłu głowy, że to być może nie wszystko i na to, jakim będziesz w przyszłości piłkarzem, mają wpływ również inne czynniki?

KK To bardzo ciekawe zagadnienie i w ogóle historia, którą można by naprawdę mocno rozwijać. Generalnie trenowałem w KSZO Ostrowiec, grałem w ataku, strzelaliśmy mnóstwo bramek z Tomkiem Siczkiem, z którym pojechałem (i z jego tatą świętej pamięci) do Zabrza. Wyglądało to tak, że żeby się dostać do Gwarka Zabrze, były testy sprawnościowe, tak to się nazywało. Oczywiście to był mecz piłkarski, ale było na 20 czy 30 miejsc ponad setka chłopaków, więc nie wyglądało to tak, jak teraz, że przyjeżdża tam 30 i trzeba wyselekcjonować kilku takich, którzy się będą nadawać. Odnośnie mojej osoby, to jak sobie to wszystko analizuję, to to, co się wydarzyło w moim życiu, to ja nie do końca myślałem o tym, że będę grał w piłkę. Po prostu tak jak powiedziałeś -pochodzę z Ostrowca Świętokrzyskiego, a to nie jest miasto, w którym najprzyjemniej można spędzić życie i jako młody chłopak, podobnie jak kupa moich kolegów, po prostu marzyliśmy o czymś innym. O wyjeździe, o rozwijaniu się. I do tego akurat wrócimy przy moim pobycie w Anglii, w Southampton, bo tam spotkałem swoich kolegów z Ostrowca, natomiast ja wyjeżdżałem, tak jak powiedziałem, pod namową właśnie mojego kumpla z czasów dzieciństwa, Tomasza Siczka i jego taty. Był tam oczywiście Piotr Gierczak, rok starszy od nas piłkarz, który też trenował w KSZO i który był w Gwarku. Oczywiście opowiedział o Gwarku w samych superlatywach i tak to się potoczyło. Jechałem w nieznane, a byłem chłopakiem – ładna nazwa teraz funkcjonuje od kilku dobrych lat – „późno dojrzewającym”. Byłem bardzo późno dojrzewającym chłopakiem, więc kiedy pojawiłem się na testach w Gwarku Zabrze, to pamiętam że pewnie z 80% chłopaków ze Śląska i dookoła Śląska miała ogromną przewagę, jeżeli chodzi o o konstrukcję fizyczną.

KP Dzisiaj mam wrażenie, że młodych chłopaków otaczają może nie tabuny, ale generalnie osoby, które mogą im pomóc (niekiedy zaszkodzić), ale przekaz jest taki, że chcą ich wspierać, pomagać. Mam na myśli przede wszystkim trenerów, rodziców, managerów, którzy krótko mówiąc, mogą ukierunkować taką osobę i wskazać im odpowiednią drogę. Jak było Kamil w Twoim przypadku? Czy był ktoś taki, kto Ci pomagał, kto mówił co jest dla Ciebie dobre, nad czym powinieneś pracować, co powinieneś poprawić? Czy głównie musiałeś sobie radzić sam?

KK Wiesz co, dla mnie Gwarek to była szkoła życia. Trenerzy, których tam miałem – czy trenera Jana Kowalskiego seniora, czy Janusza Kowalskiego i jego syna, czy innych trenerów, w pewnych chwilach byli dla mnie bardzo mili, ratowali mi życie, zabierali mnie na obiady, albo pomagali. Tutaj trener Mazurkiewicz – serdecznie pozdrawiam, bo pamiętam, jak w niedzielę niekiedy zabierał mnie do siebie do domu na obiady. To była tylko i wyłącznie taka pomoc. Nie było tego, co jest teraz. Jak sobie patrzę w przeszłość, to taka osoba wtedy nie była mi bardzo potrzebna. Byli rodzice, którzy generalnie niespecjalnie angażowali się w moją piłkę, raczej patrzyli na to, żebym miał dobre stopnie. Natomiast tutaj każdy troszczył się sam o siebie i wspólnota (bo mieszkaliśmy w internacie oczywiście) też miała swoje plusy i minusy. Takiej osoby mi brakowało w późniejszym okresie życia, kiedy trzeba było profesjonalnie sie mną zająć – moimi kontraktami, umowami czy doradztwem, takim mówiąc po ludzku, poradą dobrego kolegi. Bo teraz wydaje mi się, że managerowie oprócz tego, że mają świetne kontakty, to jednak z tymi piłkarzami są blisko, znają ich rodziny, znają ich w zasadzie od dzieciaka, można powiedzieć od szkoły średniej. Ale teraz managerowie walczą o takich zdolnych piłkarzy. Kiedyś tego nie było. Kiedyś w seniorskiej szatni piłkarskiej najpierw byli starsi, bardziej doświadczeni i zasłużeni dla klubu, później długo długo nic, a młodzież to była bardzo daleko.

KP W pewnym stopniu odpowiedziałeś już na to pytanie, ale spróbuję dopytać – czy gdyby był wtedy ktoś taki wokół Ciebie, osoba, która mogła Cię wspierać, doradzać – myślisz, że mógłbyś osiągnąć jeszcze więcej, czy niekoniecznie?

KK W tych najważniejszych momentach dla mnie, czyli w momencie, kiedy odchodziłem z Wisły Kraków, to na pewno tak. Wcześniej, wydaje mi się, że nie. Bo w świadomości człowieka jako człowieka nie da się tego przeskoczyć. A chyba nie znalazłem osoby, do której miałbym tak bezgranicznie zaufanie, żebym w wieku 15-17 lat komuś tak dogłębnie zawierzył. Tak jak powiedziałem – internat, ulica Opolska, miejsce, gdzie mieszkali piłkarze, którzy przyjechali do Zabrza, do Gwarka Zabrze. Uczyli się w technikum gazowym albo w technikum górniczym, to były dwie klasy sportowe. Nie wiem, czy to zanotowałeś, ale generalnie chciałem powiedzieć, że dla mnie ten czas to był trudny czas, bo to był czas, gdzie ja tak naprawdę nie wiedziałem, kim będę. W ogóle nie wierzyłem w siebie i nie byłem przekonany absolutnie do tego. Jakby ktoś mi powiedział, że słuchaj, będziesz grał w Górniku za 2-3 lata, tak jak teraz oglądamy finał Pucharu Polski, to prawdopodobnie roześmiałbym się temu komuś w twarz. Ale tak się stało w końcu. Nie będziemy się rozwodzić nad tym, jak do tego doszło i ile to kosztowało przykrości. Bo to trzeba tak nazwać. Dla mnie okres między 14 a 18 rokiem życia, ten okres, który u każdego dzieciaka powinien obfitować w różne przygody, miłości i inne rzeczy,  dla mnie jest tam trochę taka czarna dziura. I też nie mogę powiedzieć, żebym to jakoś specjalnie poświęcił treningowi, piłce, z myślą o tym, że kiedyś to przyniesie efekty. Nie. Tak się po prostu wydarzyło.

KP Cieszę się, że zadałem to pytanie, ponieważ z własnych doświadczeń mogę potwierdzić to, co mówisz. To, co ja widziałem, a mianowicie w Szkole Mistrzostwa Sportowego. Ja akurat byłem osobą miejscową, z Krakowa, więc mieszkałem z rodzicami, natomiast chodziłem do klasy z chłopakami, którzy mieli wielki talent, ale mieszkali w internacie i dokładnie – jeden do jeden, słowa, o których powiedziałeś, jak to wyglądało jeżeli chodzi o kwestie nauki, opieki, wieczorów również, które tam spędzali bez kontroli rodziców. Wydaje mi się, że to mogło mieć bardzo duży wpływ na to, że nie zrobili takiej kariery, do czego uprawniały ich w tamtym okresie umiejętności. I tak jak mówię, cieszę się, że zadałem to pytanie, ponieważ to mi pokazuje, że jeżeli – nie wiem, czy teraz tak jest – ale w tamtych latach gdyby spora grupa chłopaków miałaby właściwą opiekę, dzisiaj mogliby być w zupełnie innym miejscu i zrobić po prostu świetne kariery.

KK Nie wiem w jakich latach to się odbywało, natomiast ja też różne historie słyszałem i przeżywałem z młodymi piłkarzami w Wiśle Kraków.

KP Tak, to był ten rocznik i o nich chciałem powiedzieć, ponieważ ja jestem rok starszy od Pawła Brożka i od Pawła Strąka. I to były właśnie te roczniki, czyli 82., 83. – i mieli oni raz, że gigantyczny talent, że udało się, a jednocześnie być może duże szczęście, że pomimo warunków, w jakich funkcjonowali, o czym Ty wspomniałeś, dlatego się odniosłem do tego, udało im się zrobić tak duże kariery. Ale wielu chłopaków przepadło.

KK Tak, oczywiście. W Zabrzu było bardzo podobnie, choć muszę powiedzieć, że jeżeli chodzi o jakiekolwiek używki, to 5 lat później było zdecydowanie inaczej, aniżeli w Zabrzu 5 lat wcześniej. Mogę się jasno przyznać, pierwszy alkohol spróbowałem w wieku 18 lat, a papierosa nigdy nie spróbowałem. Więc tutaj w internacie było pod tym względem naprawdę ok – wszyscy się sami pilnowali. Nie było specjalnego nadzoru, a wiem, co się działo w innych takich placówkach. Co się teraz dzieje, to w ogóle przechodzi ludzkie pojęcie. Także  ten temat odpuśćmy. Jeżeli chodzi o to pokolenie chłopców, o których mówiłeś, w Krakowie jeżeli chodzi o Brożków, Nowoczyńskich, Skrzeka…

KP I Kamila Kuzerę między innymi.

KK …to wydaje mi się, że oni trochę mieli szczęścia, że mieli nas. Bo ja takiego Kamila Kosowskiego czy Marcina Błaszczyńskiego, czy Głowackiego, czy Szymkowiaka, czy Ryśka Czerwca, czy Kulawika czy Kałużnego, czy Maćka Szczęsnego – bo to byli ludzie, którzy grali w piłę, ale nie obawiali się o to, że przyjdzie młody i ich zastąpi. Ja się z tym spotkałem Górniku i tak naprawdę gdyby nie upór trenera Kostrzewy, który był trenerem drugiego zespołu, upór taki, że zawsze mnie wysyłał jak brakowało kogoś do treningu w pierwszej drużynie – jakby nie przychylne oko trenera Żurka, który akurat wtedy potrzebował 2-3 osób z drugiej drużyny po to, żeby z nim potrenowali (oczywiście po drodze jest Tomek Hajto), ale wydaje mi się, że kluczowy tutaj dla tego wszystkiego, do tego że pozostałem w ogóle w szatni w Górniku, był Dariusz Koseła. Bo to człowiek, którym ja się generalnie zachwycałem na treningach i to był mój idol. I podobnie Mietek Agafon, ale Darek miał kluczowe zdanie w szatni, co być może teraz się wydawać jakimś zaskoczeniem, ale to on powiedział trenerowi, że ja w tej szatni mam zostać. Bo mieliśmy sytuację, gdzie ktoś z młodych zaczął pyskować i po prostu trener wszystkich wyrzucił, a ja zostałem. Pewnie nie uda mi się podziękować Darkowi w jakiś inny sposób, więc chcę zwrócić na to uwagę, bo jakby nie patrzyć, trener trenerem, ale szatnia szatnią i jak szatnia Ciebie nie akceptuje, tym bardziej jak masz 18-19 lat i cofniemy się 25 lat do tyłu, to po prostu nie miałbyś szans w tej szatni zaistnieć.

KP Zgadza się. Kamil – co dzisiaj doradziłbyś młodemu 13-15 letniemu chłopakowi, który marzy o karierze i za 3-4 lata powinien wchodzić w dorosły futbol?

KK Ciężko mi na ten temat się wypowiedzieć, bo jak sobie prześledzimy historię najlepszych piłkarzy na świecie, czy najlepszych piłkarzy, którzy grają w Polsce, to każda historia jest inna. Każdy z nas ma indywidualne przeżycia z przeszłości, każdy z nas ma indywidualne cele, jeżeli chodzi o przyszłość. Ja wiem, że jeżeli nie lubi się grać w piłkę i ta piłka nie jest dla ciebie odskocznią od problemów, czy nie jest wszystkim – bo o tym nie powiedziałem, ale ja generalnie czy wychodziłem na trening, czy wychodziłem na mecz, czy jak byłem mały, czy jak później wychodziłem na mecz w Wiśle gdzieś za granicą czy w reprezentacji Polski – to dla mnie świat nie istniał. Czy to był czas 90 minut czy 120 minut, czy przy treningu, kiedy ja się pozbywałem wszystkich obciążeń, które miałem na sobie, a trochę tych obciążeń miałem. Więc wydaje mi się, że jeżeli ktoś jest skłonny do refleksji w wieku 13, 14 czy 15 lat, bo ja nie byłem, ale świat idzie do przodu i dzieci są zupełnie inaczej wychowywane, to może sam siebie zapytać, czy jest tak, czy tak nie jest. Bo jeżeli tak nie jest, to się nie da. Nie da się i to później widać na boisku. Przynajmniej ja to widzę na boisku, na przykład komentując ekstraklasę – widzę piłkarzy, którzy nie do końca chyba tymi piłkarzami chcieli być. Widzę piłkarzy, którzy nie do końca pracowali (już nie mówię o przygotowaniu fizycznym), ale którzy nie do końca kochali tą piłkę i lubili w nią grać, bo widzę duże braki, jeżeli chodzi o technikę, jeżeli chodzi o taktykę. Także nie będę tutaj dobrym wujkiem i nie powiem tutaj wszystkim: tak, trenujcie, na pewno zagracie w ekstraklasie i wyjedziecie na Zachód. Bo wydaje mi się, że kto ma to zrobić, to i tak to zrobi. Dzisiaj jest zdecydowanie więcej możliwości i to nie tylko w piłce. Pieniądze w zasadzie leżą. Jeżeli ktoś jest pracowity i ktoś jest dobry w swoim zawodzie, to niekoniecznie w piłce są największe pieniądze. To trzeba lubić i trzeba marzyć o tym. Trzeba mieć taki cel, żeby np. założyć koszulkę reprezentacji Polski. Bo ja taki miałem. W wieku 10 lat grałem na boisku szkolnym z innym osiedlem (to były mecze osiedlowe) i przyszedł chłopak, którego kolegi wujek grał w reprezentacji Polski, nazywał się Andrzej Kobylański. I on dostał od niego koszulkę. Mówiąc wprost, bo ja zawsze byłem skromny, a w zasadzie za skromny, byłem od niego lepszy. I powiedziałem mu, że on na tą koszulkę nie zasłużył, a ja kiedyś zasłużę – i jakoś udało się to zrealizować. Ale to nie był cel, z którym ja żyłem z dnia na dzień, że po prostu muszę muszę muszę. Bo po kolei było wiele upadków, kilka wzlotów, ale ta droga nie była usłana różami.

KP W jakiś sposób płynnie nawiążę do tego, co mówiłeś, i przejdę do 96.roku. Przechodzisz do Górnika Zabrze, w barwach którego w wieku 19 lat debiutujesz w ekstraklasie. Czyli w dużym stopniu spełniasz marzenie wielu chłopaków w Polsce, którzy za tą piłką biegają. Czy dzisiaj z perspektywy czasu uważasz, że kosztowało Cię to piekielnie dużo pracy? Czy uczciwie mówiąc, o czym już rozmawialiśmy, miałeś tak duży talent, że głównie to on zadecydował o tym, że dostałeś się na najwyższy poziom rozgrywkowy w Polsce?

KK Tak jak powiedziałem, ja byłem chłopakiem późno dojrzewającym i w zasadzie przez całą moją przygodę z Gwarkiem Zabrze, odstawałem fizycznie od wszystkich. Ale trenerzy coś we mnie widzieli, więc talent na pewno miałem. Natomiast patrząc na to, co się wydarzyło później, to do tego mnie przygotował Gwarek Zabrze, bo to klub, który nauczył mnie w zasadzie wszystkiego. Myślenia na boisku przede wszystkim, bo do biegania przejdziemy później i wszystko opowiem. To był klub, w którym zetknąłem się z taktyką. Zawsze w środę był trening taktyczny, zawsze we wtorek był trening biegowy. Tak więc ja do dziś siedząc i komentując mecze, powtarzam słowa mojego trenera, Jana Kowalskiego, który nam tłumaczył co środę, jak należy się poruszać po boisku, czego nie należy robić. I ja widzę dzisiaj te błędy w ekstraklasie. To jest coś niesamowitego, że po prawie 30 latach ludzie popełniają te same błędy, proste błędy. To znaczy, że ktoś ich tego nie nauczył, a świat poszedł do przodu w kierunku taktycznym niesamowicie.

Jeżeli chodzi o przejście do Górnika, to akurat właśnie naszym trenerem był Jan Kowalski, który zostawił nas dla pierwszej drużyny Górnika Zabrze i na ostatnim ognisku, gdzie żegnaliśmy się z Gwarkiem Zabrze, dostaliśmy nominację. Chyba 4 nas było, mieliśmy stawić się na treningu Górnika Zabrze. Więc co? Ja myślałem, że złapałem Pana Boga za nogi. Kiedy pojawiliśmy się na tym treningu, okazało się, że to nie trening pierwszej drużyny, tylko trening czwartoligowych rezerw. Więc oczywiście przyjęliśmy to jak trzeba, bo dostaliśmy skarpety, dostaliśmy spodenki i koszulkę i możliwość zagrania w czwartoligowych rezerwach, więc to już było dla nas wyróżnienie, aczkolwiek wszyscy myśleli, że jesteśmy w pierwszej drużynie Górnika Zabrze. I tak od tej czwartej ligi trzeba było się przez to wszystko przekopać. O tym już wcześniej mówiłem, ale ten awans do pierwszego zespołu, stypendium pierwsze, to były bardzo przyjemne rzeczy.

KP Jak wyglądały treningi w tamtym okresie? Co w największym stopniu według Ciebie zmieniło się od tamtej pory w kontekście przygotowań piłkarzy w ekstraklasie i ogólnie na szczeblu centralnym?

KK Nie było trenera od przygotowania fizycznego, był trener od rozgrzewki, a w zasadzie pierwszy trener przeprowadzał wszystko, drugi trener był po prostu od przygotowania rozgrzewki. I z tego, co pamiętam, te pierwsze treningi to zdecydowanie była gierka. To było najprostsze. To było to, czym Otto Rehhagel wygrał mistrzostwo po awansie z drugiej Bundesligi do pierwszej, itd. Rzadko kiedy rzadko kiedy trener Żurek rozstawiał jakąś taktykę. Raczej to były treningi techniczne, dośrodkowania, strzały, i później gra. Ale tak jak powiedziałem, ja w wieku 18 lat miałem ponad 180 cm wzrostu na pewno, ze 187, ale ważyłem 69 albo 72 kilo. Więc wyglądałem jak patyczak i wszyscy się ze mnie nabijali, bo urosłem w 1 rok bardzo dużo, ale niestety nie poszła za tym masa mięśniowa. I ten mój pierwszy rok to praca z Januszem Łobodą, masażystą, który nie karmił mnie odżywkami, tak jak teraz się to robi, nie podawał mi odpowiednich suplementów, tylko po prostu jadłem trzy obiady, na kolację dostawałem czekolady itd, żebym po prostu przybrał. Więc poziom profesjonalizmu to sam możesz ocenić. Ale pomimo tego, że byłem lekki, to w kontakcie z Tomkiem Hajto nie miałem szans, zawsze mnie przewrócił. Ale za moment tego Hajto obiegałem, nie mówiąc o Dziuku, Piotrowiczu, czy innych piłkarzach Górnika Zabrze. Cały rok jeździłem na mecze, siedziałem na ławce rezerwowych, trener Apostel mi nie dał żadnej szansy. Zadebiutowałem chyba za trenera Kocąba w meczu z Ruchem Chorzów, tam wszedłem na 2 minuty, a później zdarzyła się taka sytuacja, że po prostu nie miał kto grać, a przyjeżdżał do nas Widzew. Wielki Widzew.

KP 96. rok

KK Z Citko, z Szymkowiakiem i innymi gwiazdami. A że było tyle kontuzji i tyle chorób, to trener postanowił mnie wystawić na – gdzie ja wtedy grałem? – chyba na lewej obronie. I grałem na Mirka Szymkowiaka, więc to było duże przeżycie. Mecz przegraliśmy, ale wydaje mi się, że ja zagrałem całkiem przyzwoicie. W tym meczu Marek Citko zerwał Achillesa, to była ta przykra wiadomość dla wszystkich, bo to była wschodząca gwiazda polskiego futbolu. Ja z tego meczu bardziej pamiętam tą kontuzję, że żal mi było, niż sam ten mecz. Ale zebrałem dobre recenzje i później potoczyło się już z górki.

KP Mówisz tutaj o potrzebie i świadomości wzmocnienia masy mięśniowej. I właśnie to jest dla mnie bardzo ważne pytanie, bardzo ciekawa rzecz w kontekście połowy lat 90. Jak w tamtym okresie wyglądał trening siłowy w Górniku Zabrze. Czy ktoś w ogóle na to zwracał uwagę? A jeżeli tak, to czym to się przejawiało w tamtym okresie?

KK Trening przygotowania fizycznego w Górniku wyglądał tak, że mieliśmy treningi biegowe i treningi stacyjne siłowe. Tak więc wydaje mi się, że polska młodzież ciężko by miała teraz przeżyć taki miesiąc czy dwa tygodnie, bo biegaliśmy w lesie rano, po południu mieliśmy treningi stacyjne albo na sali gimnastycznej, albo na hali Matejki, ale jak sobie przypomnę np. że przez 45 sekund czy później przez minutę skakaliśmy przez płotek nie na 2 razy tylko bezpośrednio, to tak się zastanawiam, jak dawałem radę. Ale takie były właśnie a nie inne ćwiczenia. W zasadzie nikomu niepotrzebne, bo jak szliśmy w góry, w Zakopanem biegaliśmy 10 razy 800 metrów śniegu pod górę i wszyscy byli wrzuceni do jednego worka. Czy ja, czy Tomek Hajto, czy Grzesiek Dziuk, który miał tak mocne nogi, że brakowało dla niego ciężaru, to jak on podnosił – strzelam – 120, to ja też podnosiłem 120. Więc tutaj nie było absolutnie żadnego podziału i ja to później zaobserwowałem, bo miałem kolegę, Arka Matejkę, który przyszedł z juniorów Górnika Zabrze i był bardzo utalentowany, grał w reprezentacjach. Jak odszedłem z Górnika to się  tylko dowiedziałem, że jedno kolano, drugie kolano, jedna kostka, druga kostka koniec. Nie ma gościa. Więc na samym początku nie zostawiło to śladu, ale później to się bardzo na nim odbiło. Plus brak jakiejkolwiek suplementacji. Zostawali chyba tylko ci, którzy po prostu dawali radę.

KP Wydaje mi się Kamil, że właśnie tego typu metody niestety skończyły kariery wielu zawodnikom, a jeszcze większa część innych zawodników miała duże problemy ze zdrowiem już po zakończeniu kariery. No i teraz nawiązując niejako do tego, w którym klubie po raz pierwszy spotkałeś się z trenerem przygotowania motorycznego? Jakie były twoje pierwsze doświadczenia, jak to wyglądało?

KK Oczywiście nie mogłem spotkać się z takim trenerem w Górniku Zabrze, bo tak jak powiedziałem, raczej pierwszy trener przygotowywał cały trening. Po przejściu do Wisły Kraków, pierwszym moim trenerem od przygotowania fizycznego, od motoryki, był trener Ryszard Szul. A na trening zaprosił go Adam Nawałka, który w tamtym czasie został pierwszym trenerem i pamiętam, wtedy mieliśmy kompletną nowość. Raz w tygodniu przychodził do nas trener Szul i prawdę mówiąc, nie spotykał się z jakimś wielkim uznaniem, czy zainteresowaniem ze strony piłkarzy, bo ćwiczenia, które pokazywał, czyli płotki, czyli gumy, czyli drabinki itd, nikt tego nie lubił. Wszyscy lubili grać w piłkę, wiadomo było, że jak zima, to trzeba biegać, trzeba podnosić ciężary, a pan Rysiek przyszedł i pierwsze co zrobił, to każdy z nas miał przebiec po 50-80 metrów, i robił notatki. Jak się później okazało, z każdym z nas rozmawiał i mówił, co jest do poprawy. Więc mnie to urzekło i wydaje mi się, że podobnie jak ja mogę w samych superlatywach mówić o trenerze Szulu, tak i on pewnie o moim przygotowaniu motorycznym też, bo ja szybko to złapałem i mieszkałem całe życie z Żurawiem w pokoju, a Żuraw był najszybszym piłkarzem w Wiśle i jego pierwsze 5-tki i 10-tki w zasadzie były nie do pokonania przez nikogo. Natomiast ja miałem bardzo dobrą 15-stkę, 20-stkę i 30-stkę. To wynikało z mojej budowy, z długości moich nóg, itd. Oczywiście trener Szul zasygnalizował, co powinienem poprawić, który mięsień powinienem wzmocnić, żeby to wyglądało technicznie jeszcze lepiej, niż było. No i rzeczywiście to poprawił. Ja biegając dłuższe dystanse w ogóle się nie spinałem, nie męczyłem się. Nawet kiedyś spotykając jakiegoś lekkoatletę, mówił, że poradziłbym sobie. Na 400.metrach bym sobie poradził spokojnie. Więc tutaj na pewno trener Szul miał duży wpływ na mój styl biegania przede wszystkim. Pokazał nam też, jak można się suplementować, ale do mnie te rzeczy (co nie jest powodem oczywiście do dumy) nie docierały. Ja nie uznawałem odnowy biologicznej. Nie to, że to to zaniedbywałem, ja po prostu nie korzystałem z tego. Nie lubiłem wchodzić do zimnej wody, czasami wszedłem do gorącej jak było zimno, ale tylko po to, żeby się ogrzać, a nie po to, żeby później wejść do zimnej i pobudzić tamte reakcje w mięśniu, żeby się szybciej odnawiał. Także ja nie będę i nie jestem człowiekiem, który może w tych tematach się wypowiadać. Natomiast Ryśka Szula, pana Ryszarda, od zawsze mam za fachowca dużej klasy, bo jakby nie patrzyć, to oprócz tego, że potrafiliśmy grać w piłkę, to on nas rozwinął niesamowicie, jeżeli chodzi o mobilność, o skoczność. Każdy poprawił swoje parametry. Pamiętam, że spotkałem go po latach i tak sobie rozmawialiśmy, on chyba był trenerem w Legii, i powiedział mi w pewnym momencie, że…. a nie, przepraszam. To jeden z dyrektorów sportowych powiedział mi, że u niego w klubie w ekstraklasie 6 zawodników na 5 metrów schodzi poniżej sekundy. Proszę sobie wyobrazić, że w Wiśle, w której przez rok pracował trener Szul, był tylko jeden, który nie zszedł. A Żuraw przełamał barierę, chyba miał 0.88-ileśtam. Naprawdę wyniki poprawiliśmy bardzo. Oprócz predyspozycji czysto piłkarskich, to byli ludzie, którzy rozwinęli się w kilku innych rzeczach, bo jeszcze doszedł do tego trener Kasperczak i taktycznie zespół poukładał, i to nie mogło się nie udać. I dlatego do dziś wspominamy te kilka lat, które Wisła zagrała i w Polsce i w Europie.

KP Niesamowite. Bardzo się cieszę, że o tym wspominasz, ponieważ często zawodnicy nie wiedzą do końca, czemu wykonują jakieś ćwiczenia, które trenerzy przygotowania motorycznego im zadają. W tym konkretnym wypadku widać, że trener Szul od samego początku zwracał uwagę na jakość ruchu, poruszania się w kontekście przede wszystkim szybkości. Słyszę, że robił sporo ćwiczeń plyometrycznych, które mają bezpośrednie przełożenie później docelowo na szybkość, a te wyniki, o których mówisz, czyli testy z wynikami poniżej 1 sekundy na 5 metrów, są absolutnie znakomite i myślę, że potwierdzają tylko, że trener Szul jest fachowcem znakomitym.

KP I nawiązując Kamil do trenera Szula – których trenerów przygotowania fizycznego, z którymi pracowałeś, zapamiętałeś najlepiej, których cenisz najbardziej i co na to wpłynęło?

KK Wydaje mi się, że z trenerami czy to przygotowania fizycznego czy pierwszymi trenerami, jest tak jak z lekarzem – zawsze idziesz do tego, do którego masz zaufanie. Jeżeli nie jest on wybitnym specjalistą w danej dziedzinie, to wiesz, albo masz przekonanie, że takiego poleci. I ja na przykład zawsze dzwonię do Mariusza Urbana, choć wiem, że nie każda dziedzina to jest jego konik i nie jest najlepszy na świecie, to wiem, że jak do niego zadzwonię, to on mnie pokieruje do człowieka, który się na tym zna. To samo jeżeli chodzi o fizjo, to tylko i wyłącznie Filip Pięta. Tylko Filip jest mało dostępny, bo stał się bardzo popularny i ceniony. Jeżeli chodzi o trenerów, to oczywiście najlepiej zapamiętałem Ryszarda Szula, bo był pierwszym, który otworzył mi oczy na pewne rzeczy i ja tego doświadczyłem, bo gdybym tego nie doświadczył, gdybym nie potrafił wygrać pojedynku biegowego z naprawdę kozackimi obrońcami jeżeli chodzi o Europę, bo kilku takich tam się przewinęło, to chyba miałem jeden jedyny problem. Miałem go z Javierem Zanetti, ale do tego wrócimy, albo będziemy o tym mówić przy okazji mojego pobytu we Włoszech. Miałem w Cádizie trenera, który po skończeniu pracy w Cádizie dołączył do sztabu Guardioli i jest nim do dziś. Lorenzo Buenaventura – fachowiec naprawdę światowej światowej klasy, top po prostu. Miałem też super trenera, młodego trenera w APOELu Nikozja, którego też marudzący wiecznie Cypryjczycy nie akceptowali, ale weszliśmy do Ligi Mistrzów. Georgios  Paraskevas się nazywał. On też był, wydaje mi się, takim prekursorem tego wszystkiego na Cyprze. Te pozytywne rzeczy, które się wydarzyły, to on miał duży na to wpływ. Choć on był może nie zamordystą, ale naprawdę mocno tam trenowaliśmy i mocno tego pilnował. Miał poparcie pierwszego trenera, który był absolutnym dyktatorem, także każdego z tych trenerów mógłbym pochwalić. Nie pamiętam jak się nazywał człowiek z Southampton, ale tam były rozdzielone treningi. Rozgrzewka na jednym boisku z trenerem od przygotowania fizycznego, później taktyka z drugim trenerem i na koniec gierka pod okiem Harry’ego Redknappa albo George’a Burleya. Także w Anglii zupełnie było inaczej, natomiast jeżeli chodzi o przygotowanie fizyczne, to zdecydowanie najmocniejsza praca była we Włoszech. I też akurat nie przypomnę sobie nazwiska trenera od przygotowania fizycznego, ale tamta praca była zdecydowanie inna, niż wszystkie. Nie była typowo motoryczna, typowo wytrzymałościowa, tylko liczyła się wytrzymałość szybkościowa i pod to były robione treningi. Ja takich w życiu później ani wcześniej, takich ciężkich treningów nie miałem.

KP Chciałem tutaj jeszcze zostać w temacie trenera Lorenzo Buenaventury, ponieważ tak jak wspominałeś, jest to przede wszystkim trener aktualnie Manchesteru City, który pracuje z Pepem Guardiolą, ale co jest bardzo istotne, oni rozpoczęli współpracę już w Barcelonie i to w tych latach największych sukcesów, i później razem przeszli do Bayernu Monachium, w którym również wyniki mieli znakomite. Czym ten trener się charakteryzował? Jak wyglądał jego styl pracy? Na co stawiał, jak byś go scharakteryzował?

KK Pierwszy kontakt jaki z nim miałem, wydawało mi się, że to jest po prostu drugi trener albo fizjo, bo zajmował się również masowaniem piłkarzy. Akurat w tamtym czasie, kiedy ja byłem, a byłem bardzo krótko, więc to tylko takie moje obserwacje, przyjeżdżali do niego hiszpańscy piłkarze z kontuzjami. Głównym jego klientem był teraźniejszy manager Arsenalu Londyn, Mikel Arteta. W zasadzie cały czas przesiadywał ośrodku szkoleniowym, bo dochodził po kontuzji. A jego praca? Pokazywał fajne ćwiczenia. Ćwiczenia, które ja wykonywałem wcześniej, ale troszeczkę w innym wydaniu. Dużo mobilizacji, dużo pracy na gumie i na własnym obciążeniu. Nie nosiliśmy ciężarów, nie rzucaliśmy krążków, były delikatnie podawane piłki lekarskie dwójki albo trójki, w zależności kto jakie miał potrzeby, ale wszystko opierał na pracy własnego organizmu. Nic nie dodawał, ale naprawdę ćwiczenia, które wykonywaliśmy właśnie pod jego nadzorem, z takim małym obciążeniem, wchodziły w nogi czy w partie mięśniowe, które on sobie obrał, naprawdę z podwójną siłą. I rzeczywiście tak jak powiedziałem, miałem z nim bardzo krótką styczność, ale później przez całą jego karierę, którą kontynuuje już od kilkunastu lat z Guardiolą, widzę, z kim miałem do czynienia i doceniam, że było mi dane poznać takiego człowieka.

KP Dokładnie. Jeden z najlepszych dzisiaj trenerów przygotowania fizycznego na świecie. Kamil – Wisła Kraków. Początek 20.wieku. Zespół przez wielu uważany za najefektowniej grający polski zespół w Europie. Jak się trenuje, żeby wygrać z Parmą, Schalke, i toczyć wyrównane boje z Lazio w 1/8 ówczesnego Pucharu UEFA?

KK Wrócę do pierwszej mojej wypowiedzi, odpowiedzi na pierwsze Twoje pytanie. My po prostu lubiliśmy grać w piłkę. To, że akurat były na to środki i Prezes, właściciel klubu, pan Cupiał, potrafił zebrać tą najzdolniejszą polską młodzież w jednym klubie, to był niesamowity sukces. Proszę przeanalizować i zastanowić się, czy teraz by to było możliwe – złapać 5 piłkarzy Lecha, 2 piłkarzy Legii i kilku z Lechii Gdańsk, i złożyć to do kupy w jeden zespół. Nie ma szans. Trzeba by wydać grube miliony euro, a w Polsce nie ma takich pieniędzy. I zdecydowanie też polscy, dobrzy, młodzi piłkarze, nie chcieliby chyba brać udziału w takim projekcie. Oni chcą wyjechać na Zachód jak szybko się tylko uda. Możliwości są duże, o managerach już mówiliśmy, teraz naprawdę prowadzą w znakomity sposób chłopaków, nie patrzą na swój interes, tylko na to, żeby wszystko się zgadzało. Żeby ten młody człowiek grał. Niekoniecznie wsadzają do tych klubów, gdzie dostaną największe prowizje, także duże brawa za to. Natomiast wracając do Wisły, to tak jak powiedziałem – my lubiliśmy grać w piłkę. Dostaliśmy szansę pracy z kilkoma trenerami i nawet ci, których określamy jako najsłabsi, najgorsi, czy jakby ich nie nazwać, na pewno wszyscy nauczyliśmy się czegoś od Wojciecha Łazarka. Na pewno czegoś się nauczyliśmy od trenera Smudy. Na pewno czegoś od trenera Nawałki, od Marka Kusto, w końcu dochodzimy do trenera Kasperczaka. Przyjeżdża facet, który wchodzi do szatni i nie wiadomo dlaczego, jak mówi to każdy go słucha. Nikt nie mówi, czy ktoś go lubi czy nie lubi, bo jak był trener Smuda, to po prostu byli piłkarze którzy go nie trawili, ale byli też piłkarze, których on nie trawił i to było odczuwalne. Ale z tego też na pewno wszyscy wynieśli spore i fajne życiowe doświadczenia. Przychodzi trener, który wchodzi do szatni, mówi czego od nas oczekuje. Mówi spokojnie, każdy go słucha, wychodzi na trening i w zasadzie pierwsze dwa tygodnie rozmawia z poszczególnymi piłkarzami, o tym, czego on wymaga od nich na boisku. Nie mówi o tym co będzie, jak ten się zepsuje, czy jak taktyka pójdzie w pierony. Jesteś prawym obrońcą, potrzebuję Cię do tego. Jesteś lewoskrzydłowym, potrzebuję Cię do tego. Nie potrzebuję Cię w środku, z tyłu, z przodu. Ty masz tutaj działać tak, a nie inaczej. Przynajmniej do mnie takie słowa skierował i jestem pewny, że to samo mówił do każdego z nas. Oczywiście jakość piłkarska, którą mieliśmy w zespole – nie sądzę, żeby się znalazł kiedykolwiek taki zespół w Polsce, złożony z Polaków, bo mieliśmy stosunkowo bardzo mało obcokrajowców, którzy którzy grali u nas w składzie. I systematyczna praca. Tylko ta praca nie była ciężka. Pracował z nami Ryszard Szul, już przeze mnie wspomniany. I to była praca na początku – jak to wszędzie – zadanie domowe, czyli przygotowanie tlenowe. Później biegaliśmy test, który nam sprawdzał, kto jak to wszystko przepracował i zaczynaliśmy pracę z trenerem Szulem. Trener Szul preferował właśnie pracę tlenową i pracy tej beztlenowej było mało. To było robione w grach. Tutaj nikt nie biegał po prostu 10 razy czy 20 razy 800 metrów, jak mi się zdarzyło biegać. Raczej to było w grach, grach na małe bramki albo bez bramek. I to był okres przygotowawczy, zintensyfikowany sparingami. Graliśmy dużo sparingów i przede wszystkim graliśmy z dobrymi drużynami. Z teoretycznie zdecydowanie lepszymi drużynami (teoretycznie, bo w meczach to różnie się ukazywało). Sam fakt, jak podróżowaliśmy, jak jedliśmy, jak spaliśmy, gdzie, to jest na inny rozdział, bo to była pełna amatorka, ale to nie zależało od trenera, tylko od ludzi, którzy zarządzali klubem. Potrafiliśmy mieszkać we Francji w jednym miejscu, pojechać 400 kilometrów na sparing z Marsylią i z Marsylią nie przegrać. Wychodząc z autobusu, z Marsylią, w której był Leboeuf, czy później jak graliśmy z Bordeaux to Dugarry i inni – my wsiadaliśmy o 10 do autobusu, jechaliśmy, wychodziliśmy o 16 do szatni, przebieraliśmy się, o 17 wychodziliśmy na mecz, rozgrywaliśmy dobry mecz i wracaliśmy do hotelu. Tak to wszystko wyglądało. Także tutaj wydaje mi się, że po prostu zebrała się odpowiednia grupa ludzi o odpowiednich parametrach, o odpowiednio otwartej głowie, do której potrafił dotrzeć trener. Tutaj nie zdradzę jakiegoś złotego przepisu na sukces, bo go nie ma. Po prostu zabraliśmy się dobrą grupą, wszyscy walczyli za siebie na boisku, bo to też była grupa, która naprawdę rozumiała się na boisku i poza nim. I te wszystkie historie, że tam imprezy itd, to było, ale nikt nie może powiedzieć,  że my wychodziliśmy na boisko i było widać, że 3 dni temu to Wiślacy byli na Rynku albo była impreza, albo wczoraj była impreza. Przynajmniej ja sobie nie przypominam. Być może kibice mi to przypomną. Ale ja sobie nie przypominam meczu, który my byśmy – jeżeli nie graliśmy akurat dobrze – to którego byśmy jakoś specjalnie nie wybiegali. Oczywiście zdarzały się takie, których nie wybiegaliśmy, ale samą taktyką, grą i jakością piłkarską, po prostu wygrywaliśmy.

KP Jasne. Kamil, co najbardziej zapamiętałeś z pierwszego pobytu w Wiśle Kraków, a co najmilej wspominasz?

KK Dla mnie przejście do Wisły Kraków to oczywiście było tak ogromne wyróżnienie, że ja nawet nie wiedziałem, jak się z tego ucieszyć. Pamiętam, zadzwonił do mnie Prezes Płoskoń, ja byłem wtedy na młodzieżówce, mówi mi: przechodzisz do Wisły. Ja mu odpowiedziałem: Panie Prezesie, proszę mi dać 2 dni, żebym się zastanowił. Ale dostałem jakby przykaz. Tak to muszę nazwać, bo powiedział mi albo tam idziesz, albo nie idziesz w ogóle nigdzie. Więc po 2 minutach powiedziałem: dobrze, w takim razie idę.

Wracając do Twojego pytania, czy nie potrzebowałem jakiejś osoby – tak, wtedy już potrzebowałem. Pojechałem do Wisły, byłem jednym z kilku bardzo dobrze zapowiadających się, młodych piłkarzy. Młodych… Już miałem wtedy 20 lat, czy 21, 22, już teraz nie pamiętam. W dzisiejszych czasach 22 lata to już piłkarze decydują o najlepszych reprezentacjach na świecie, więc ta bariera została mocno cofnięta. Ale wtedy już potrzebowałem człowieka, który by pojechał tam za mnie, wszystko ustalił. Ja generalnie zachowałem się tak, jak za pierwszym razem w Górniku – „dostaniesz tyle”, „dobrze, dobrze”. Dobrze, wszystko dobrze, wszystko tak, takie zapisy a nie inne w kontrakcie, oczywiście, nie ma problemu. Ja chciałem tylko grać w piłkę. A jak miałem szansę grać w najlepszym klubie w tamtych latach w Polsce, to byłem zachwycony. No i tak właśnie związałem się z Wisłą pięcioletnim kontraktem bez żadnej klauzuli. Jak się później okazało, z najmniejszym kontraktem w zespole, itd. Oczywiście dzisiaj to wspominam z uśmiechem, ale analizując to wszystko, to było naprawdę mało profesjonalne. Ale nie było nikogo koło mnie, kto by powiedział „słuchaj, poczekaj. Poczekaj momencik, ja to wszystko załatwię. Ty się zajmij stroną sportową, a ja będę dbał o Ciebie jeżeli chodzi o sprawy formalne”. Bardzo podobnie było przy moim odejściu, chyba najbardziej to wspominam. Jeżeli kogoś mi brakowało wtedy, jakiegoś kumpla, przyjaciela czy managera czy adwokata, zwał jak zwał – osoby, która by mi powiedziała: nie odchodź z Wisły. Jeżeli jakieś błędy mam tutaj mówić, które popełniłem, to to był mój największy błąd – w życiu piłkarskim oczywiście – że odszedłem z Wisły. Powinienem wypełnić kontrakt, do samego końca byłbym wolnym piłkarzem. Akurat w 2004 roku Polska została członkiem Unii Europejskiej i w zasadzie drzwi do największych klubów Europy, przede wszystkim drzwi do największych klubów włoskich, stały przede mną otworem. Stało się, jak się stało.

KP No i płynnie przechodzimy do pierwszego wypożyczenia do zespołu Kaiserslautern. Już jako reprezentant Polski, zostajesz, tak jak powiedziałem, wypożyczony do zespołu Kaiserslautern. Wielu piłkarzy podkreśla po wyjeździe z polskiej ligi, że zderzyło się ze ścianą i tak naprawdę dużo czasu musieli poświęcić na dojście do odpowiedniej formy fizycznej. Jak to było w Twoim przypadku?

KK Przede wszystkim to ta forma, o której powiedziałeś, „pierwsze wypożyczenie”. Klub miał na stole 8 ofert opiewających na kilka milionów euro, przyszedł jeden facet i powiedział „Słuchaj Boguś, zrobimy to tak, że wypożyczymy go za tyle, a jak on tam 2 lata zagra, to nie będziesz miał kilka baniek, tylko kilkanaście”. Tak jakby to wszystko zostało zorganizowane poza moją wiedzą, itd. Ale dla mnie ten przeskok, który miałem z Górnika do Wisły był ogromny. A jak później się dowiedziałem, że pójdę do Bundesligi (i przypomnę, że to było 20 lat temu, a nie teraz, gdzie rzeczywiście można się zastanawiać, czy iść do średniaka Bundesligi, czy może zaczekać na lepszą ofertę), to wtedy nie zastanawiałam się nad tym. Tak jak powiedziałem, nie miałem człowieka, który by mi powiedział, że może warto się zastanowić, może warto chwilkę zaczekać i spróbować z tą Wisłą awansować do Ligi Mistrzów. Ale tak się nie stało, Wisła też specjalnie nie chciała mnie zatrzymać i nie zaproponowała np.przedłużenia wyższego kontraktu. Nic z tych rzeczy nie miało miejsca.

Przechodzę do Kaiserslautern, przechodzę do klubu, w którym bardzo ważne, albo najważniejsze to był Arbeit tylko, praca i praca i praca. Piłka nożna była na drugim miejscu. Mieli świetnego trenera Erica Geretsa, byli świetni piłkarze, nieźli piłkarze, i po prostu wyrobnicy. W Kaiserslautern był Mirek Klose, był Lokvenc, więc mówię – no dobra, mam takich dwóch wieżowców, to fajnie będzie im dośrodkowywać piłki. Był najlepszy piłkarz, z jakim ja miałem przyjemność się spotkać i w szatni, i na treningu i w meczu, to był Lincoln. Z lepszym piłkarzem chyba w życiu nie grałem. No może Mirek Szymkowiak, ale to z polskich piłkarzy. Więc jak przyjechałem do Kaiserslautern, był akurat wtedy obóz i jeżeli chodzi o przygotowanie fizyczne, to było dla mnie okrutne. Widziałem na treningu chłopaków, którzy potrafią grać w piłkę naprawdę fajnie i tego nie robią, bo trener nakazuje bieganie, bo trener nakazuje wślizgi, nakazuje powrót do obrony, bo trenerowi się nie podoba wysoki pressing, trenerowi się nie podoba sztuczka techniczna i trenerowi się nie podoba to, że próbujesz dryblować. Jak ci się nie uda, to masz jeszcze jedną szansę, a jak nie, to nie grasz. Nie masz trenera takiego, który jak trener Kasperczak mówi: próbuj. Nie uda się 2 razy, za trzecim się uda, strzelimy gola. A jak ci się uda 3 razy, to będą 3 bramki. Więc zderzyłem się z zupełnie inną wizją i przede wszystkim z innym zespołem, bo miałem zespół, gdzie od 2-3 lat panowaliśmy w Polsce i bardzo dobrze radziliśmy sobie w Europie, a przeszedłem do zespołu, który tak naprawdę zaczynał z -3 punktami i moja optyka zupełnie się zmieniła, kiedy nie mogłem robić tego, co lubiłem robić najbardziej, czyli grać ofensywnie. Zupełnie inne założenia taktyczne, bo mieliśmy chyba trzynastu reprezentantów innych reprezentacji niż moja, bo było naprawdę 13 nacji pozbieranych do kupy w jedną całość w Kaiserslautern. I ok, pełen entuzjazmu. Wiadomo, nowy kontrakt, o finansach w ogóle nie ma co mówić, bo to przeskok niesamowity, więc starałem się ogarnąć, ułożyć sobie życie. Ale nigdzie indziej nie było tak, jak w Wiśle. Może APOELu, ale za tym stał trener i sukces sportowy, więc jestem pewny. A akurat tam, gdzie pojechałem, to nie było moje miejsce na ziemi. Nie powiem, że to był mój błąd, bo człowiek uczy się na błędach, więc coś sobie z tego wyciągnąłem, natomiast to nie było optymalne miejsce do kontynuacji mojej kariery.

KP Teraz przechodząc dalej, a właściwie wracając, bo skaczę cały czas i chcę dotknąć różnych okresów Twojej gry, a jednocześnie chciałbym jak najwięcej się od Ciebie dowiedzieć, jeżeli chodzi o Twoje doświadczenia jako piłkarza grającego na najwyższym poziomie. Dlatego chciałem zapytać o trening uzupełniający. Czy coś takiego funkcjonowało w okresie, kiedy byłeś zawodowym piłkarzem, czy też nie? Jak wyglądał trening Kamila Kosowskiego poza klubem?

KK W zasadzie poza klubem to tego treningu nie było, kontuzji praktycznie nie miałem w ogóle. Jak teraz idę gdzieś do fizjo z jakimś małym problemem, to wszyscy jak jeden mąż mówią, że zakresy które ja mam w biodrach itd, to są zakresy, o których młodzi piłkarze mogą pomarzyć w Polsce. Taki akurat typ ze mnie. Jeżeli chodzi o przygotowanie fizyczne to Niemcy – bieganie, bieganie, laufen, laufen i jeszcze raz laufen. Mieliśmy takiego trenera, który się nazywał Stumpf, były piłkarz, więc graliśmy w sobotę mecz. Niedziela nie była wolna, tylko w niedzielę spotykaliśmy się w lesie. Piłkarze, którzy rozgrywali ten mecz, biegali pół godziny, a piłkarze, którzy nie grali meczu, biegali półtorej godziny. Dla mnie to był całkowity zajazd, także tutaj o jakimś treningu dodatkowym nie było mowy. Tak jak powiedziałem – tam, gdzie byłem, nie musiałem nadrabiać. Widziałem w Niemczech, że byli oczywiście lepiej przygotowani ode mnie piłkarze, byli być może mocniejsi, ale byli słabsi piłkarsko. Byli wolniejsi ode mnie, ale jak byli wolniejsi to po prostu mnie faulowali. Był chyba tylko jeden moment w Niemczech, kiedy był trenerem Kurt Jara, kiedy tak naprawdę zespół dobrze funkcjonował, bo grałem ja, Sforza i Lincoln. Tak więc tutaj trener miał dużo z tego korzyści, bo utrzymał zespół bez żadnego problemu, ale oczywiście był Austriakiem, który niespecjalnie chyba lubił Polaków. I przed meczem, który my akurat rozgrywaliśmy w ramach eliminacji do mistrzostw świata, na przykład mówił mi, że będę biegał z pierwszą grupą, która 800 metrów biegała najszybciej, tam biegał Marian Hristov, Lokvenc, Klose, czyli goście, którzy przyspieszenia nie mieli, ale mogli biegać przez 3 dni bez żadnego odpoczynku. I mówił mi wprost, że mamy mecze międzypaństwowe, mamy mecz Austria-Polska i muszę być zmęczony. Także byłem zmęczony. Później się na mnie zdenerwował, obraził, i nie grałem. Także różne dziwne sytuacje się działy.

KP Tak, pamiętam ten okres doskonale. I właśnie jeśli chodzi o te dziwne konflikty polsko-austriackie, to kojarzę jeszcze od razu śp Adama Ledwonia, który też miał podobne problemy. Ale zostawmy to.

KP W 2005 idziesz na kolejne wypożyczenie, tym razem do „zespołu świętych”, czyli Southampton, w którym m.in. spotykasz Garetha Bale’a, wchodzącego w tamtym okresie do drużyny. Southampton gra w tamtym okresie w Championship, lidze uważanej przez wielu za jedną z najbardziej wymagających fizycznie lig w Europie. Czy tak samo był wymagający trening w Championship?

KK Nie. Dlatego, że naszym trenerem był Harry Redknapp, a on raczej stawiał na dobrą atmosferę, aniżeli na mocny trening. Poza tym wydaje mi się, że w Championship mocnego treningu nie mógłbyś przeprowadzić, z tego względu, że tam jest takie natężenie meczów, że tam nie ma kiedy się tak naprawdę zregenerować. Ja też tam byłem krótko i tam doznałem jedynej kontuzji mięśniowej, ale dość poważnej. I doznałem tej kontuzji stojąc. Chciałem kopnąć piłkę piętą i po prostu mięsień się urwał. To była jedyna kontuzja, której doznałem. Dziwna to była sytuacja. No i oczywiście musiałem przyjechać do Polski się wyleczyć, bo lekarz w szpitalu powiedział, że 2 tygodnie i będzie po sprawie, a okazało się, że było 6 tygodni i to bardzo intensywnej pracy z Filipem Piętą. Ale tak jak powiedziałeś – miałem przyjemność/nieprzyjemność. Przez to, że miałem kontuzję i wróciłem, grałem w drugiej drużynie. Grałem z młodymi, którzy później byli wielkimi tego świata, jeżeli chodzi o piłkę nożną. Bale w erze Harry’ego Redknappa przychodził na środowe treningi ucząc się dośrodkowań ode mnie. Mówiąc wprost, to były takie treningi, gdzie mówił – chodź, powrzucacie tam jednemu czy drugiemu napastnikowi, a mieliśmy fajnych też napastników, więc kopaliśmy tę piłkę z Gareth Balem. Później graliśmy kilka meczów w rezerwach, ale jakby to był chłopak z Akademii. Później dopiero eksplodował i niesamowitą karierę zrobił, w ogóle niesamowity to piłkarz. Też był chudy, bardzo chudy, bardzo wysoki. Zdecydowanie lepsze parametry, jeżeli chodzi o fizykę, miał Theo Walcott, bo od momentu kiedy przyszedł na trening do pierwszej drużyny, było wiadomo, że po prostu powiedzmy wyścigówka trenuje z samochodami osobowymi, a niektórzy jeszcze byli tymi samochodami ciężarowymi. Więc było wiadomo, że będą stawiać na Theo Walcotta transfer do Arsenalu, chyba 10 mln funtów, zrobił to Harry Redknapp, później George Burley wjeżdża na treningi Garetha Bale’a. Jak to się wszystko potoczyło, to wiemy, ale cała Akademia Southampton to byli super piłkarze. Był taki fin, Tim Sparv chyba się nazywał, to jest kapitan reprezentacji Finlandii. I tak dalej, i tak dalej, naprawdę tych piłkarzy mieli sporo. I jak życie pokazało przez te następne 15-20 lat, też produkują, może nie na masową skalę, ale produkują piłkarzy, których sprzedają za grube miliony.

KP Chciałbym jeszcze zostać chwilkę przy wątku Garetha Bale’a, który kilka lat później zostaje najlepszym piłkarzem Premier League, bodajże w 2.sezonach z rzędu, i przede wszystkim zdobywa 3 razy Ligę Mistrzów. W Internecie można często natknąć się na przemiany najlepszych piłkarzy świata pod kątem fizycznym. Dominują tutaj zwłaszcza nasz Robert Lewandowski, Leon Goretzka, Cristiano Ronaldo i właśnie Gareth Bale. Chciałem zapytać, czy pamiętasz może, czy Walijczyk jakoś szczególnie dbał o aspekty fizyczne już w okresie gry w Southampton, kiedy go poznałeś? Czy dopiero później nastąpił ten duży progres?

KK Generalnie go nie znałem, bo on nie dzielił szatni. Tak jak powiedziałem, to był młody piłkarz, junior w zasadzie, z Akademią dzielił szatnię i tam się przebierał. Natomiast z moich obserwacji wynika, że po prostu odchodząc z Tottenhamu był szczupłym, bardzo szybkim piłkarzem. Po roku w Realu był szybkim, bardzo dobrze zbudowanym piłkarzem. I to jest wszystko to samo, jeżeli chodzi o Lewego, jak sobie porównamy, jak on wyglądał w Borussii Dortmund,a później w Bayernie. Mówisz o Goretzka – podobnie. Wielu jest takich piłkarzy. Natomiast czasami takie rzeczy się dzieją, np. piłkarz pod tytułem Zwoliński, który był bardzo dobrze zapowiadającym się piłkarzem, nagle łapie masę i jest klockiem. Po prostu nie schyla się, nie jest zwinny, nie jest sprytny. I Zwoliński wyjeżdża za granicę, trochę się ogarnia i wraca do Polski, jest innym człowiekiem. Ale wydaje mi się, że to nabranie masy mięśniowej, to wszystko fajnie wygląda sylwetkąowo, natomiast musi ktoś nad tym panować, bo to bardzo zaburza (moim zdaniem, choć ja nie jestem specjalistą) koordynację ruchową. Jeżeli mięśnia jest za dużo, nie będziesz tak zwinny, jak byłeś. Przynajmniej ja tak myślę.

KP Tak. Do tego trzeba podchodzić zdecydowanie z głową i tak naprawdę transferować tą siłę, którą widzimy później, że ci piłkarze się charakteryzują przede wszystkim mocą.

KK Zobacz Vardy’ego. Ponad 30 lat. Nie sądzę, żeby jakoś często zaglądał na siłownię. Nogi ma jak patyki, a chłop ma po prostu takie depnięcie, że pozazdrościć.

KP Dokładnie. Dynamit w nogach i kolejny sezon walki o króla strzelców w Premier League. Zgadzam się. Trzeba po prostu podchodzić do tego z głową.

KP Pozostając w Anglii, poruszając wątek są Southampton, Championship, nie mogę nie poruszyć wątku regeneracji. Powiedziałeś, że raczej nie zwracałeś na to uwagi w Wiśle Kraków. Czy to się zmieniło na przestrzeni czasu? Czy inaczej to wyglądało w Niemczech i w Anglii? I generalnie jak do tematu regeneracji podchodzili trenerzy i zawodnicy w tych ligach, o których wspomniałem?

KK Ja powiedziałem, że ja do tego nie podchodziłem, natomiast nie mogę powiedzieć, że tego nie było, bo inni z tego korzystali. Gabinety masażystów były zawsze zawsze pełne. Wiem, że korzystali z tego głównie Niemcy, Brazylijczycy, ale to bardziej było w temacie jakichś urazów, bo tam bez ochraniaczy nie można było wyjść na trening. Trener zabraniał. I patrząc po tych wszystkich klubach, to wszystko było. W Anglii pierwszy raz chyba widziałem, że wchodzą do zimnej wody z lodem, ale jak sobie analizuję to gdzieś w głowie to odżywianie było fatalne, bo pamiętam jak przed meczami normalnie chłopaki oficjalnie jedli kiełbasę i jajecznicę i fasolę po bretońsku i wychodzili i po prostu grali. Nie wiem, być może tak jest teraz, ale te sylwetki tych piłkarzy w Anglii też nie były dalekie od ideału. To się skończyło, albo przestawiło się w mojej głowie spojrzenie na to, we Włoszech. Tam z kolei wszystko w drugą stronę. Bardzo dużą wagę przykładali do posiłków, posiłki były serwowane w naszym centrum treningowym i to było rzeczywiście – najpierw węglowodany, później mięso, później coś słodkiego, czy sałata, później oczywiście kawa bez mleka itd. Więc Włosi generalnie bardzo lubili dbać o siebie, wszyscy piłkarze włoscy bardzo lubili dbać o siebie. Więc tak naprawdę kiedy ktoś przychodził do szatni się przebrać, to wiadomo, że za chwilę będzie na siłowni. Nie było tak, jak w Anglii, że tam było wypicie energetyka i pośmianie się, czy w Niemczech gra w siatkonogę. Tam było wiadomo, że wszyscy będą siedzieć na siłowni. Nawet sam nie wiem, czy bardziej dbali o sylwetkę, czy bardziej dbali o przygotowanie fizyczne. Moim chyba głównym problemem, przechodząc do wszystkich klubów było to, że wszędzie decydowała za mnie Wisła. Wszystkie kontrakty podpisywałem 30.sierpnia, w dniu moich urodzin. Oczywiście miłe było to, że ktoś się mną interesował i o mnie walczył i chciał zatrudniać, ale w każdym klubie już było po okresie przygotowawczym. Także ja przychodząc do klubu, pierwsze 2 miesiące miałem świetne, a później miałem zjazd w dół. Nie potrafiłem się przed tym obronić, bo nie miałem prawa się przed tym obronić, a już idąc do Włoch, to już w ogóle. Pierwsze 2 miesiące były super, bardzo dobre recenzje, zadowolony trener i później zaczynało coś się dziać. Ale tak jak powiedziałem – tamten trening, trening siłowy czy właśnie tej wytrzymałości szybkościowej, mnie po prostu zajechał, rozłożył. Spowodował zapalenie przyczepów spojenia łonowego. Ból był okropny, a ja będąc wypożyczeniu i chcąc udowodnić trenerowi, że muszę być, bo chcę przekonać trenera do siebie, a jeszcze trener jak przychodzi, taki trener Del Neri i mówi, że Polaco, Ty musisz być na ten mecz, bo jesteś mi potrzebny. No to ładujesz 200 Voltarenu przed meczem, 200 Voltarenu przed treningiem itd, aż w końcu kiedyś to musi musi się odbić. Ja miałem we Włoszech bardzo trudny okres właśnie związany z tym zapaleniem i dodatkowo miałem 2 żebra złamane i też z tym grałem i też się dopiero o tym dowiedziałem po powrocie do Polski. Było ciężko, aczkolwiek to znowu doświadczenie niesamowite. Te treningi, gdzie biegaliśmy 10 razy 300 chyba mieliśmy, ja byłem w tej najsłabszej grupie, to ta najsłabsza grupa 300 metrów biegała minutę i 8 sekund, najmocniejsza chyba w 56 sekund. Także ja przy ósmym kółku po prostu miałem skurcze łopatki, wszystko pospinane. Mocne to było i tak naprawdę mieliśmy wtorek, środa i czwartek treningi siłowe – podbiegi pod górę i tam akurat byłem mocny, bo to zawsze miałem. Miałem „depnięcie”, ale te dłuższe dystanse, ten trening taki naprawdę beztlenowy, był dla mnie morderczy.

KP Czyli myślisz, że we Włoszech trening nie był do Ciebie dostosowany? Czy to Ty bardziej nie byłeś wtedy na takim etapie przygotowania fizycznego, żeby sprostać wymaganiom, którym większość zawodników w zespole sprostać musiała? Jak to teraz odbierasz z perspektywy czasu?

KK Oczywiście, że nie byłem przygotowany. Nie było podbudowy. Nie da się domu postawić bez fundamentu, nie ma opcji. Przychodząc tam, pytano mnie – biegałeś? No jak to ja, coś tam w lesie biegałem, ale biegałem 2 razy w tygodniu i tyle. W Polsce by to wystarczyło, natomiast tam jak szedłem, te pierwsze 2 miesiące, kiedy miałem świeżość, kiedy było depnięcie, to wyglądało to super, ale jak mnie przymuliło, bo musiało przymulić, nie było innej opcji, a Włosi po prostu sobie to biegali na dużym luzie. Plus taktyka, która u mnie była trudna do przyswojenia. Ja to porównywałem do jazdy na nartach. Jak nie potrafisz, to się spinasz,  angażujesz praktycznie całą siłę i energię, którą masz w sobie, żeby skręcić, a tak naprawdę technicznie jak pojedziesz, to nic cię to nie kosztuje. Tutaj było podobnie. Ta taktyka była łatwa, łatwo było ją przyswoić, ale ja po pierwsze nie znając języka, a po drugie, za bardzo chcąc, po prostu się z spinałem i to mnie kosztowało duży wydatek energetyczny, jeżeli chodzi o głowę, a dochodziło do tego jeszcze bieganie. Także w pewnym momencie po prostu mówiąc kolokwialnie, byłem zajechany.

KP Co z perspektywy czasu uważasz za swój największy sukces w karierze?

KK Cały czas do tego dojrzewam. Bo tak jak powiedziałem, jestem człowiekiem, który niespecjalnie rozpatruje swoją osobę w kategoriach sukcesu. Bardziej przypominają mi o tym bliscy. Na przykład to, że się ze mną skontaktowałeś. To, że ktoś mi mówi, że pamięta moje mecze. To, że ktoś mówi, że oprócz tego, że gram w piłkę, to jestem też fajnym facetem – to są dla mnie sukcesy. To, że gdzieś tam na dole leżą dwa medale za mistrzostwo Polski (trzeciego nie dostałem), to mniejsza z tym. To jest dla moich dzieciaków. Jak teraz popatrzysz na ligę, to w ostatnich 5 latach to ja nie wiem, czy grają piłkarze w Polsce, którzy takich medali nie mają. Są piłkarze, którzy mają 4, 5 krążków, 10. Tylko co to później zmienia? Na pewno bardziej cenię to, że nigdy nie uczestniczyłem w procesie korupcyjnym. Za to jestem wdzięczny prezesowi Cupiałowi. Nigdy nie szwarcowałem się przy meczu. Może grałem słabo, ale zawsze dawałem serce i biegałem. I tak jak powiedziałem, to, że ktoś w dzisiejszych czasach, 20 lat po tym, jak graliśmy w Wiśle, czy tam 10 lat już będzie za moment jak skończyłem grać w piłkę, potrafi powiedzieć ciepłe słowo i mam paru kumpli z tej piłki. Także piłka piłką, oczywiście kariera karierą, to piękne rzeczy i pewnie o wiele więcej rzeczy powinienem pamiętać, ale zawsze byłem takim człowiekiem, który mocno stąpał po ziemi i teraz zdecydowanie bardziej ceni sobie takie a nie inne wartości.

KP Tutaj dla młodszych słuchaczy w tym momencie muszę taką dygresję zastosować – jeżeli ktoś nie kojarzył Cię z boiska. Ja jestem trochę zaskoczony Twoją skromnością, ponieważ Ty byłeś piłkarzem dla mojego pokolenia, na którym się wzorowaliśmy i ja akurat grałem na tej samej pozycji co Ty, czyli lewoskrzydłowego, więc nie ukrywam, że Ty byłeś akurat moim idolem, jeżeli chodzi o tę piłkę krakowską, Wiślacką, w dalszej kolejności również reprezentacyjną. Więc myślę Kamil, że tutaj głowa na pewno do góry, bo moje pokolenie się na Tobie wychowało i pojęcie dryblingu i ciągu na bramkę, przynajmniej dla mnie, Ty zdefiniowałeś na nowo, na pewno w Polsce. Nie wiem czy w Europie wtedy, ale na pewno w Polsce. Także to bardziej dla młodszych słuchaczy, jeżeli ktoś nie pamiętał, jak grałeś w piłkę.

KP Gdzie umieściłbyś na osi swoich osiągnięć występy w reprezentacji Polski i m.in. na mistrzostwach świata w Niemczech, które w pewnym stopniu były ukoronowaniem tego okresu reprezentanta Polski?

KK Tak jak wspomniałem, w wieku 10 lat był taki mecz na boisku przy Liceum Chreptowicza, tak zwanym Chreptusie, w którym zamarzyłem, żeby zagrać w koszulce reprezentacji Polski. Pierwsza była reprezentacja młodzieżowa, a później debiut w reprezentacji dorosłej. Natomiast pamiętam jeden taki mecz, graliśmy z Węgrami na stadionie śląskim i to był mecz, do którego ja wychodziłem w pierwszym składzie z Marcinem Kuźbą. Tak jak Ci powiedziałem o tym, że mam kilku kumpli z tej piłki i generalnie te sukcesy sportowe to jest jedno, natomiast trzeba być porządnym człowiekiem i po prostu żyć, to ten chyba mi utkwił najbardziej. Oczywiście były asysty, były bramki, były wzloty i upadki, natomiast pamiętam, żetedy w właśnie tak sobie z Marcinem rozmawialiśmy ile to czasu musiało upłynąć i jaki to jest piękny czas, że razem wychodzimy w pierwszym składzie w meczu reprezentacji Polski. Także to nie był udany mecz, ale to mi utkwiło w pamięci.

Jeżeli chodzi o mistrzostwa świata, to wydaje mi się, że byłem bardzo ważną częścią tej reprezentacji, eżeli chodzi o eliminacje. Strzelałem gole, asystowałem, w zasadzie każdy mecz kończyłem albo z golem, albo z asystą, a później z niewiadomych przyczyn, z niewiadomych powodów, ostatni sparing przed mistrzostwami trener Janas i trener Skorża postanowili zmienić ustawienie. Postanowili zmienić skład i z niego wyleciałem. Także to było to niemiłe uczucie i wydaje mi się, że tutaj zdecydowanie zostałem pokrzywdzony. Ale takie jest życie piłkarskie. To nie apel, ale jeżeli młodym ludziom, którzy ciebie słuchają, przytrafią się takie rzeczy bardzo przykre, to zawsze musicie mieć na uwadze, że może być ich więcej i mogą być jeszcze bardziej przykre. Ale jak się poddacie to tak jak powiedziałem – to nie warto nawet próbować, bo świat piłkarski, zresztą podobnie jak inne profesje – nie jest usłany różami, tym bardziej, że jesteśmy w takim okresie, że nawet nie można pograć dla kibiców. Ale to wszystko minie, a piłka nożna to jest chyba najlepsze, co można w życiu robić. Jeżeli ktoś gra w piłkę, jeżeli ktoś to kocha i może się z tego utrzymać, zarobić na przyszłość, dla dzieci, itd. Także życzę przede wszystkim wytrwałości, bo pamiętajcie, że jak ktoś ma talent, a nie ma wytrwałości, to ci, co mają wytrwałość, za kilka lat na pewno was przeskoczy.

KP Dokładnie. Tu mogę się tylko podpisać, pod tymi słowami.

KP Kamil będąc jeszcze w temacie reprezentacji i mundialu. Dlaczego Twoim zdaniem praktycznie po każdym turnieju XXI wieku, w którym brała udział nasza reprezentacja, to przygotowanie motoryczne jest jednym z głównych winowajców porażki na turnieju?

KK To jest bardzo ciekawe pytanie, na które ja nie potrafię odpowiedzieć. A bardziej to by pasowało, gdybym ja Ciebie o to zapytał. Oczywiście nasze przygotowania do mundialu w Niemczech też zostały przesadzone i to bardzo grubo. Pamiętam, że pojechaliśmy do Szwajcarii, i pomimo tego, że każdy był po sezonie, to trener Jastrzębski zaserwował jeszcze raz przygotowanie – nie roztrenowanie, tylko przygotowanie do sezonu. I z Ekwadoru, z którym bardzo gładko i luźno wygraliśmy w Hiszpanii, w Barcelonie, dostaliśmy bęcki i było pozamiatane. Nie szukając daleko, to ostatnio za kadencji trenera Nawałki, było bardzo podobnie. Ale ciężko mi to oceniać, bo reprezentacja to reprezentacja i rządzi się swoimi prawami. Jestem pewny, że mamy takich piłkarzy w kadrze, którzy nauczeni tym, co się stało ostatnio z trenerem Nawałką, po prostu nawet gdyby mieli ciężko trenować, to nie będą tego robić. To są piłkarze, którzy są uznani na świecie i w Europie. I wydaje mi się, że gdyby była taka opcja, że trener od przygotowania fizycznego kadry (nawet nie wiem kto nim jest teraz) zaproponowałby Robertowi Lewandowskiemu, żeby zrobił coś albo dużo ponadto, co on ma zaplanowane, to po prostu by się na to nie zgodził. To samo jeżeli chodzi o Glika, to samo jeżeli chodzi o Krychowiaka. Także tutaj trenerzy, czy to układający taktykę, nasz selekcjoner czy trenerzy, którzy odpowiadają za przygotowanie fizyczne, nie muszą stawiać sobie pomników. Nie muszą robić niczego ekstra, bo mamy tak świadomych teraz piłkarzy, że po prostu trzeba im nie przeszkadzać tylko. Takie odnoszę wrażenie.

KP Zadałem to pytanie, ponieważ właśnie chciałem poznać Twoją opinię oczywiście w kontekście przygotowań do mundialu w Niemczech. Bardzo podobną opinię wyraził mój poprzedni gość, Marcin Żewłakow, z tym, że w kontekście przygotowań do mundialu z kolei w Korei. Także jest to rzeczywiście ciekawy wątek.

KP I ostatnie pytanie, jeżeli chodzi o tą kwestię – czy mimo wszystko nie uważasz, że czasami na tak dużym turnieju może nam po prostu brakować umiejętności, a niekiedy szczęścia? Jeżeli ponosimy porażkę, to szukamy później gdzieś tam usprawiedliwienia właśnie w tej stronie fizycznej.

KK Nie, bo ten ostatni turniej jak pokazał, to po prostu nie potrafiliśmy biegać. Nie biegaliśmy. Nie możemy tutaj mówić, że jakością piłkarską bardzo odstawaliśmy od naszych przeciwników. Co prawda nie mamy światowej klasy 11 piłkarzy, którzy mogą wyjść na boisko, ale naprawdę. Zobaczmy mistrzostwa Europy we Francji, które Polacy rozgrywali i zagrali świetny turniej. Tutaj naprawdę niuanse zdecydowały o tym, że nie przeszliśmy dalej, ale mieliśmy wszystkich naszych czołowych piłkarzy. Oczywiście klasa światowa to jest bramkarz i Robert Lewandowski, ale mieliśmy Kubę Błaszczykowskiego, mieliśmy Grosika, mieliśmy Krychowiaka, mieliśmy Kamila Glika, którzy chyba w optymalnej formie i fizycznej, i optymalnej formie jeżeli chodzi o jakość piłkarską. Także zbiegło się to wszystko w czasie i dlatego tak dobrze wyglądało. Jak ktoś już chciał troszeczkę pokombinować przed mundialem i może coś dołożyć, a może coś odpuścić, a może wprowadzić inną taktykę, to wyszło tak jak wyszło. Dlatego ja się cieszę, że nie mam takiego bólu głowy, żeby się nad tym zastanawiać. Mogę ewentualnie pooglądać, popodziwiać, pochwalić albo coś tam skrytykować, choć od tego też jestem daleko. Ale tak jak powiedziałeś – czy Lewy, czy Kamil Glik, z którym udało mi się kilka razy porozmawiać. Z Lewym nie rozmawiałem, ale myślę, że jak był młody, to pewnie patrzył na Żurawia, patrzył na Franka czy innych chłopaków i marzył o tym, żeby też tak grać w piłkę jak oni. Więc teraz wyrósł na fenomenalnego piłkarza i kariery Bale’a czy Lewego są bardzo bliskie. Z chłopców, którzy przyszli na trening w pierwszej drużynie, zostali jednymi z najlepszych piłkarzy na świecie. Także myślę, że tutaj trenerzy mają łatwe zadanie. Jakby nie patrzyć, to mają do dyspozycji Roberta Lewandowskiego, który nie przyjedzie z Bayernu zmęczony, bo tam nikt nie może być zmęczony. Tam dbają o to, żeby nie byli zmęczeni. To samo jeżeli chodzi o Bednarka, to samo jeżeli chodzi o Krychowiaka, Glika itd. Nie ma już tego, co kiedyś było, że reprezentanci lubią posiedzieć trochę dłużej itd. Wszyscy bardzo dbają o siebie. Bardzo. I tutaj jeżeli ktoś coś może zepsuć, to tylko ewentualnie trener, który tym chłopakom podetnie trochę skrzydła i nie będą mieli siły, albo będą mieli siłę, a nie będą mieli szybkości, bo to łatwo zaburzyć.

KP Co powiedziałbyś dzisiaj 25 lat młodszemu Kamilowi Kosowskiemu

KK To jest bardzo trudne pytanie. Tak jak powiedziałem, jedyne, co bym zmienił w życiu, to to, że bym wypełnił kontrakt w Wiśle. W życiu piłkarskim stricte. Tutaj jeżeli mogę mieć żal do, nawet nie wiem do kogo, bo nikt mnie nie oszukał i nikt mi krzywdy nie zrobił, po prostu zabrakło osoby, która by mądrzej pomyślała ode mnie. Natomiast co bym poradził młodszemu Kamilowi Kosowskiemu?. Chyba nic nie bym nie poradził, bo zbiór przede wszystkim tych porażek życiowych czy boiskowych na pewno ukształtował mnie jako człowieka, więc nie da się moim zdaniem stać upadając. Tak to nazwaę. Takich upadków kilka było, i to nie tylko w życiu prywatnym, ale też w życiu piłkarskim i nie mówię tu tylko o źle rozegranym meczu, ale o niektórych treningach. Także jak to mówią w Polskim Związku Piłki Nożnej – łączy nas piłka. Może jedynie bym poradził temu młodemu Kamilowi Kosowskiemu, żeby się więcej uśmiechał, ale wiem, że i tak by tego nie zrobił 😉

KP Myślę, że tego uśmiechu było bardzo dużo w karierze. Kamil, bardzo Ci dziękuję za poświęcony czas i jeszcze raz dzięki za wszystkie rady, które usłyszeliśmy. Dzięki!

(Visited 1 792 times, 1 visits today)