Realia polskiej i zagranicznej piłki nożnej oczami byłego zawodnika reprezentacji Polski

Michał Żewłakow: polski piłkarz grający na pozycji napastnika, reprezentant Polski w latach 2000-2004. Wychowanek Drukarza Warszawa, a ponadto występował w takich klubach jak m.in.: Polonia Warszawa, KSK Beveren, Excelsior Mouscron, APOEL Nikozja, GKS Bełchatów czy Korona Kielce. Po zakończeniu kariery – dyrektor ds.skautingu w Legii Warszawa, obecnie ekspert i komentator meczów piłkarskich Telewizji Polskiej. Brał udział w Mistrzostwach Świata 2002, gdzie strzelił bramkę zespołowi Stanów Zjednoczonych. Gol ten, zdobyty w 64. sekundzie po wejściu na boisko, jest najszybszą w historii mistrzostw świata zdobytą bramką przez zawodnika rezerwowego.

Zapraszam do wysłuchania odcinka.


O czym usłyszysz w tym odcinku podcastu?

  • 2:06 Czy w trakcie swojej kariery zawodowej Marcin wykonywał polecenia trenerów, czy powątpiewał w aplikowane przez nich metody
  • 3:58 Jak w latach 90-tych wprowadzano młodego zawodnika do drugoligowego zespołu
  • 6:34 Czy pierwszy trener Marcina zwracał uwagę na przygotowanie motoryczne i nowinki technologiczne w tej dziedzinie
  • 9:49 Co z początków kariery zapadło Marcinowi w pamięć, jeśli chodzi o charakterystyczne podejście trenera do żywienia i dyscypliny w drużynie
  • 12:48 Jak wyglądały pierwsze doświadczenia Marcina z przygotowaniem motorycznym
  • 17:51 Czy wyjazd do Belgii wiązał się z jakimikolwiek problemami związanymi ze zmianą rodzaju treningu 
  • 24:26 Czy zdaniem Marcina, słabsze występy polskiej reprezentacji mają związek z różnicą w treningu i przygotowaniu fizycznym 
  • 28:46 Jakie było podejście Marcina do treningów uzupełniających
  • 33:13 Czy pobyt w Mouscron był najlepszym okresem w karierze Marcina
  • 34:03 Co w większym stopniu miało wpływ na dyspozycję piłkarską Marcina u szczytu kariery – zmiana treningu czy uzyskane doświadczenie
  • 36:58 Jakie było podejście Marcina do regeneracji
  • 41:16 Jak w czasach występów w reprezentacji Marcina wyglądały zgrupowania
  • 45:10 Jak zmieniły się aspekty organizacyjne i treningowe reprezentacji, w której występował Marcin, w porównaniu do dzisiejszej reprezentacji
  • 48:26 Jak przebiegały przygotowania do mundialu w Korei
  • 52:04 Czy w Polsce za dużo mówi się o przygotowaniu fizycznym kosztem piłki
  • 59:46 Na ile prawdziwe jest powiedzenie, że każdy kraj ma swoją specyfikę w kontekście treningu
  • 1:06:10 Największe zmiany, które zdaniem Marcina zaszły w polskiej piłce w czasie jego pobytu za granicą
  • 1:10:50 Jak był rozłożony w tygodniu trening motoryczny w ekstraklasie
  • 1:13:35 Jaki jest sposób Marcina na utrzymanie formy po zakończeniu kariery
  • 1:15:14 Co Marcin powiedziałby dzisiaj 25 lat młodszemu sobie 

Podcast do poczytania

Kuba Podgórski Moim dzisiejszym gościem jest Marcin Żewłakow – osoba, która poznała kulturę treningu w Belgii, Francji, na Cyprze i oczywiście w Polsce. Będąc ponadto uczestnikiem mundialu w Korei, na własnej skórze zobaczył jak wygląda specyfika przygotowań do tak dużego turnieju oraz jak obciążenia podczas mundialu wpływają na organizm. Dlaczego we Francji przed każdym treningiem modlił się o przetrwanie? W którym kraju po raz pierwszy spotkał się z trenerem przygotowania motorycznego? Dlaczego to żona w największym stopniu pomaga mu odpowiedniej regeneracji, oraz gdzie jedząc żurek przed meczem, myślał, że padł ofiarą dobrego żartu? Zapraszam do wysłuchania rozmowy z Marcinem Żewłakowem.

Dzień dobry Marcin. Bardzo dziękuję za przyjęcie zaproszenia i cieszę się, że będziemy mogli porozmawiać o rzeczach, które najczęściej nie są dostępne dla kibiców i odbywają się niejako za zamkniętymi drzwiami, a do kibiców docierają tak naprawdę tylko skrawki informacji. Chciałbym dzisiaj rozmawiając z Tobą poznać punkt widzenia byłego zawodnika na kwestie treningu, przygotowania fizycznego, i tych aspektów, które bardzo często mogą pomóc młodym zawodnikom, zwłaszcza na początkach rozwoju ich kariery.

KP Na rozgrzewkę pierwsze pytanie – czy w trakcie swojej kariery zawodniczej trenowałeś świadomie? Powątpiewałeś w metody i środki aplikowane przez trenerów, z którymi pracowałeś, czy raczej to było wykonywanie poleceń, bez głębszej analizy tego, co robicie?

Marcin Żewłakow Ja zawsze ufałem swoim trenerom. Nie trafiłem na swojej drodze na trenera, który by mnie w tej kwestii skrzywdził, albo zaaplikował coś takiego, co by mnie zdrowotnie zrujnowało. Natomiast pełną świadomość tego, co robię, dlaczego robię i co z tego ma wynikać, uzyskałem, kiedy wyjechałem do Belgii. Tam układ treningów, poniedziałek – to, wtorek – to, środa – to, zaczął mnie bardziej interesować. Dodatkowo odpoczynek po tych jednostkach też był dla mnie bardzo istotny. Wiedziałem, dlaczego we wtorek bardziej bolą nogi, dlaczego w środę trochę to puszcza i dlaczego w czwartek łapię już delikatnie „świeżość”. Więc ten element tak naprawdę trafił do mnie dopiero w Belgii i powiem szczerze, gdybym miał to sprecyzować, to chyba dopiero przy Mouscron, czyli moim drugim klubie w Belgii. Beveren był pierwszym klubem, ale wtedy przekładałem się z programu polskiego na program belgijski i to wyglądało inaczej. W Belgii po raz pierwszy spotkałem się z tym, że w poniedziałek robi się takie rzeczy, we wtorek takie, w środę takie. Przed przyjazdem do Beveren, generalnie treningi w Polsce: poniedziałek, wtorek, środa, czwartek, piątek, zawierały podobne aspekty. W Belgii ten tydzień był ułożony zupełnie inaczej i każdy dzień miał swój temat.

KP O tym jeszcze będę chciał z Tobą porozmawiać, kiedy przejdziemy do tego etapu, gdy rozpoczynałeś karierę zagraniczną właśnie w Belgii w Beveren. Natomiast jeszcze chciałbym przenieść się do połowy lat 90-tych. 18-letni wtedy Marcin Żewłakow rozpoczyna treningi w drugoligowej Polonii Warszawa. Jak trenerzy wprowadzali wtedy młodego zawodnika, jakim był Marcin Żewłakow? Czy jest coś, co zapamiętałeś z tamtego okresu?

Oni zostawiali to starszym zawodnikom. Wtedy jeszcze zjawisko „fali” czy „starego i młodego” było bardzo wyraźne, więc trener zazwyczaj pozostawał w kontakcie z tymi trzema-czterema doświadczonymi piłkarzami, którzy zarządzali grupą, albo decydowali o jej obliczu. I oni tak naprawdę wprowadzali młodych zawodników. Ja już się załapałem na coś takiego, że rzeczywiście będąc tym świeżo upieczonym kandydatem na przyszłego piłkarza, czasem liczbę powtórzeń nam odpuszczano, albo robiliśmy to w trochę innym czasie niż pozostali. Więc rzeczywiście ja się złapałem już na takie dopasowywanie i przyglądanie się młodemu, czy rzeczywiście te obciążenia go nie niszczą, nie „zabijają” i nie za bardzo obciążają.

KP Czyli jeżeli chodzi o kwestie stricte treningu, to raczej realizowałeś to, co reszta zawodników i nie do końca możemy mówić, że w tamtym okresie czasu był to trening w jakiś sposób indywidualizowany.

Nie miałem czegoś takiego, nie spotkałem się z tą, można powiedzieć, patologią, że stawałem do tych samych ciężarów, co piłkarze trzydziestoletni, mając lat 16, 17 czy 18, czy biegałem w takim przedziale tętna, mając takie i takie predyspozycje. Więc ja już złapałem się na to, kiedy trenerzy mieli trzy czy cztery grupy, w zależności od tętna czy od parametrów siłowych i pracowaliśmy w odpowiednich grupach.

KP To fajnie. Myślę, że miałeś duże szczęście, bo rozmawiając z wieloma zawodnikami, spotkałem się z taką tendencją, że rzeczywiście ten trening wtedy nie był indywidualizowany.

KP Ok. Stefan Majewski, Mirosław Jabłoński, Mieczysław Broniszewski, Zdzisław Podedworny – to byli Twoi trenerzy, z którymi współpracowałeś w czasach Polonii Warszawa, czyli kiedy rozpoczynałeś swoją karierę w Polsce.

Jeszcze Włodzimierz Małowiejski.

KP Włodzimierz Małowiejski. Ok. Natomiast chciałbym na chwilkę zostać przy pierwszym trenerze, czyli przy Stefanie Majewskim. Czy już wtedy wprowadzał do treningów technologię, czy zwracał baczną uwagę na przygotowanie motoryczne, wprowadzając jakieś nowinki, z czego był znany w przyszłości, czy raczej nie?

Mówiąc o pierwszym trenerze, muszę powiedzieć o Antonim Giedrysie, bo to był mój pierwszy trener jeśli chodzi o piłkę seniorską i Polonię pierwszoligową. To był ten awans chyba po 40 latach. Co prawda nie udało się pozostać w ekstraklasie i drużyna spadła.

KP Czyli wchodziłeś do Polonii do ekstraklasy?

Tak, do ekstraklasy. Antoni Giedrys, mój trener z juniorów, z którym zdobyliśmy kilka fajnych filii i wicemistrzostwo Polski juniorów. Natomiast rzeczywiście pierwszym innowacyjnym trenerem, z takim nowoczesnym podejściem i z laptopem, był Stefan Majewski. I to nie tylko to, że wszystko było przez niego katalogowane i archiwizowane, ale też na samym boisku było kilka takich zagadnień zapożyczonych czysto z Bundesligi, z Niemiec, gdzie jeśli trener mówi, że biegniemy szerokość boiska, to szerokość boiska to jest przekroczenie linii po jednej stronie i po drugiej stronie. Jeśli nie dobiegłeś nawet o krok do linii, to Stefana Majewskiego to bardzo denerwowało. To był ten niuans, ten detal, którego brakowało. Ja też przy Stefanie Majewskim złapałem się z tym, że czasem na treningach strzeleckich nie prowadziliśmy piłki nogą, tylko trzymaliśmy ją w rękach. Biegliśmy z piłką, oddawaliśmy strzał i po każdym takim strzale mieliśmy rozbieganie do końca boiska. To wyglądało trochę komicznie i dla nas to był jakiś kosmos. Taka mała konsternacja przez jakieś pierwsze dwa tygodnie. Natomiast później to rozbieganie i ten element stał się rzeczą normalną – może nie w treningach strzeleckich, co wywoływało dużo uśmiechu na ustach – ale rozbieganie później stało się ABC regeneracji i pierwszym zabiegiem, który miał zrzucać i kruszyć zmęczenie pomeczowe.

Jeśli chodzi o dodatkowe kwestie, to wiadomo, że badania, laktat, badania wydolnościowe, to zacząłem chyba ze Stefanem Majewskim. I to był też taki trener, który wprowadzał środę wolną od treningu. W środku tygodnia. I to było dla nas też takie trochę dziwne, nowe, nieodgadnione. Ale poniedziałek, wtorek było mocno, środa była dniem odpoczynku, żeby nogi trochę odtajały, czwartek i piątek to były już te zajęcia nakierowane na mecz, na przeciwnika z soboty bądź z niedzieli. Więc tutaj Stefan Majewski miał swój styl. I tu czuć było, że przyjechał facet za granicę.

KP Tak. Wiem, że trener Majewski miał charakterystyczne podejście do tematu żywienia. Czy pamiętasz może jakieś szczególne sytuacje z tego obszaru?

Oczywiście. Nie tylko do żywienia. Nawet jeśli chodzi o ubiór i podejście drużynowe, to kiedy ubrałeś koszulkę nie tą, którą założyli wszyscy na wyjazd – kara. Kupiłeś Frugo albo Prince Polo do autokaru przed meczem – kara. Śniadanie – najlepiej jogurt i musli. To ABC trenera Majewskiego. Ja nie wiem, czy nie pozostało to do dzisiaj – że to musli z owocami i z jakimś tam jogurtem na szybko to jest ta dawka energii, która wystarcza, żeby potrenować. To był trener, który przestrzegał dyscypliny i drużynowości już w autokarze. I rzeczywiście czasem potrafiło to być trochę irytujące, bo potrafił się przyczepić o drobny szczegół, ale on tak widział drużynę, tak widział pewnego rodzaju porządek. I to, co w szatni, to, co poza boiskiem, w dużej mierze rzutowało to dla niego na to, jak to będzie wyglądało na boisku.

KP Powiedziałeś, że zawodnicy byli zaskoczeni. Reagowali negatywnie? Pozytywnie i neutralnie? Czy może z czasem przekonywali się do tego? Czy wręcz przeciwnie – było to na dłuższą metę uciążliwe i było to problemem w zespole?

Zdecydowanie uciążliwym problemem w drużynie. Starzy zawodnicy wychodzili z założenia, że starych drzew się nie przestawia i ciężko ich by było naciągnąć na nowe ustalenia. Ja jako ten z grupy pięciu-sześciu młodych szczypiorków, którzy chcieli zaistnieć w drużynie i robić karierę, starałem się do tego dostosować. Jak to wtedy w drużynie bywało, za dużo głosu nie było – trzeba było się dostosować. Z drugiej strony kto by wyskoczył do trenera, który przyjechał z zagranicy, który ma występy w reprezentacji, który uchodzi za tego, który trochę zrewolucjonizuje drużynę i cały klub. Natomiast Stefan Majewski miał ochotę na to, żeby wprowadzić trochę nowego nowego porządku i pozbyć się tego chaosu i bałaganu, trochę tych wczesnych lat dziewięćdziesiątych. Więc z jednej strony ja byłem trochę na to otwarty, bo to dawało nowy wymiar i też jako młody piłkarz czułem, że wchodzę w inny świat, że to mnie przygotowuje do tego, co bliżej ligi niemieckiej, belgijskiej, francuskiej. Poza tym podobno na złamanie przyzwyczajenia potrzebujesz 21 dni. Albo złego nawyku. Niektórzy niektórzy potrzebowali trochę więcej.

KP Rozumiem. A powiedz mi – troszkę odbiegając od tych czasów w Polonii Warszawa – chciałem się zapytać, w którym klubie po raz pierwszy spotkałeś się z trenerem przygotowania motorycznego? Jakie było Twoje pierwsze doświadczenie, jak to generalnie wyglądało?

Tak naprawdę pierwsza „instytucja” trenera od przygotowania fizycznego to jest Mouscron i Gene Van Den Broek. To była osoba, która w poniedziałek wieczorem i wtorek kojarzyła Ci się z jednym wielkim zakwasem, wysiłkiem, walką z sobą, walką z pewnymi ustaleniami – bo był człowiekiem „zafiksowanym” i na bieganie i na dźwiganie. Natomiast ja to lubiłem i mimo tego, że było ciężko i kiedy przekładałem sobie obciążenia z Belgii na to, co mnie później spotkało w Polsce, to to było jak…

KP Niebo i ziemia?

Nie, jak pójście na zajęcia z fitnessu i zawody Strongman. To była ta gradacja. W Belgii i dużo więcej biegaliśmy i dużo częściej biegaliśmy i dużo więcej dźwigaliśmy. Ja czułem, że ta praca którą aplikuję, dużo mnie kosztuje, bo do środy tak naprawdę miałem zakwasy, więc dla mnie zakwasy były normalnością w treningu do środy. Od środy to miało puszczać. Natomiast w sobotę odczuwałem, że ta wykonana praca rzeczywiście pozwala mi się czuć lepiej, albo daje pewnego rodzaju efekty, bo ja zawsze byłem chudzielcem. Natomiast wydaje mi się, że wyjazd do Beveren i tam praca trochę na siłowni, z pierwszym człowiekiem od siłowni – spowodowała, że sylwetka nabierała trochę innych kształtów. Więc w Belgii to było jeszcze podszyte poniedziałkiem i wtorkiem, jeśli chodzi o motorykę, o wydolność – i to też wszystko wyliczone co do metra. Liczba serii, liczba powtórze. Więc jak przyjechałem do Bełchatowa już jako 34-letni piłkarz i robiliśmy tam dwa razy po 6 i słyszałem że to „zajazd”, to się pod nosem trochę uśmiechałem, bo w Belgii robiliśmy tego na przykład trzy serie po 12 powtórzeń. To było 10 lat temu w stosunku do Bełchatowa. Więc tutaj widziałem tą różnicę w pracy, którą wykonuje się w Polsce i którą wykonywało się w Belgii. Co prawda te czasy, początek lat 2000 to też pewnie już mała „prehistoria” jeśli chodzi o metody, natomiast ten charakter i przeświadczenie, że właśnie ta praca i tyle tej pracy ma się przełożyć na to, żebym w sobotę czy w niedzielę od pierwszej minuty czuł i prężną nogę i trochę strzału i trochę odejścia po pierwszych czterech krokach to jest dla mnie nic innego jak mentalność i profesjonalizm. Dla mnie ta praca zawsze była ważna i świadomość, że wykonałem tę pracę, świadomość, że wykonałem to lepiej albo więcej od kogoś, zawsze mnie motywowała i to mnie zawsze budowało na kolejne mecze. Jak jeszcze mecz potwierdzał to wynikiem czy strzelonym golem, to wiedziałem, że znowu pot i łzy i czasem krew w poniedziałek i wtorek, ale tak trzeba.

KP Poruszyłeś bardzo istotny temat, o którym bardzo dużo mówi się w Polsce. I jeszcze przejdę do niego w późniejszej części tej rozmowy, natomiast chciałem teraz wrócić do przeszłości. Rok 1998. O ile dobrze pamiętam, jeżeli nie to popraw mnie, ale dzięki współpracy z Włodzimierzem Lubańskim bodajże, wyjeżdżasz do Belgii.

Współpraca z Włodzimierzem Lubańskim, ale też muszę powiedzieć, że tutaj podejście Polonii Warszawa, zwłaszcza Jerzego Engela – czyli ludzi, którzy coś ustalili i w sytuacji, kiedy okazało się, że pozytywnie jest dla mnie, bo mnie klub chce i za 10 miesięcy pojawił się nowy klub, który chciał nas kupić, to Polonia nie zmieniła tych warunków, które ustaliła na początku. A wtedy to nie była norma. Wtedy podchodziło się trochę do zagadnienia. Za miesiąc to zupełnie inna rzeczywistość. I ktoś potrafił albo cenę podbić, albo zmienić warunki. Tutaj muszę oddać Polonii Warszawa, prezesowi Romanowskiego i Jerzemu Engelowi, że wobec nas byli stali w ustaleniach i niczego nie pokrzyżowali , mimo tego, że przyszedł inny klub niż ten, do którego wyjeżdżaliśmy.

KP Rozumiem. Czyli współpraca z Panem Lubańskim, jak również trener Engel, który się do tego przysłużył – i wyjeżdżasz do Belgii. I tutaj bardzo ważne pytanie: czy miałeś kiedykolwiek jakiekolwiek problemy po przyjeździe i po zmianie kraju, pewnie też mentalności, żeby przestawić się na inny rodzaj treningu po przyjeździe do KSK Beveren? Jak wyglądało to przejście?

Nie, absolutnie. Mnie się treningi w KSK Beveren bardzo podobały. Tak jak powiedziałem, one były dla mnie dużo bardziej poukładane, bo ja wiedziałem, że w poniedziałek lekki wycisk, bo będziemy biegać, będziemy bardziej bez piłek niż z piłkami. We wtorek zaczniemy od siłowni, po południu pewnie trochę postrzelamy, ale powrót do domu na sztywnych nogach. Środa – trochę więcej przy piłce, jakieś gry wprowadzające, czwartek – taktyka. Piątek – impuls szybkościowy, po to, żeby na sobotę już była pełna świeżości i wyostrzone zmysły. Więc porządek mi się podobał. Wiedziałeś jak spać. Wiedziałeś co zjeść. Wiedziałeś jak się do treningu przygotować. Ja np. wchodząc w konkurencję z napastnikami, wiedziałem, że ten drugi trening po siłowni, mimo tego, że nogi ciężkie, to tam trzeba trochę powkładać przy dośrodkowaniach, żeby trener widział, że ta skuteczność jest. Gierki to kilka zachowań typowych dla napastnika – zachować. Czwartek -taktycznie nie pokazać, że jest się gapą albo rozkojarzonym. Więc to pomagało zawodnikowi i mnie nie przerażały te obciążenia w Beveren. Mnie tak naprawdę obciążenia dopadły w Mouscron.

KP Czyli miałeś takie płynne przejście, tak? Dobrze rozumiem? Że to nie był jakiś szok dla Twojego organizmu zaraz po przyjeździe do Beveren, natomiast ten szok się pojawił dopiero kiedy przeszedłeś do Mouscron?

Tak. Pamiętam, że to był pierwszy okres przygotowawczy. Pojechaliśmy do ośrodka trochę za miasto i robiliśmy takie pętle, w których musieliśmy się łapać w odpowiednim czasie. Oczywiście podzielono nas na grupy i ja byłem w drugiej, nie tej najlepszej jeśli chodzi o wydolność. Po pierwszej pętli, czy po pierwszym takim interwale mówię: aha. No to już teraz wiem, co to znaczy „ciężej za granicą” i to co mi opowiadał Darek Dziekanowski czy Darek Wdowczyk, że tam trenuje się troszeczkę inaczej. I też miałem taki moment, że pojawiło się to „czy ja dam radę”. Pamiętam jak dzisiaj. Mówię: kurde, czy ja dam radę? Czy ja to wytrzymam? Ale mówię: dobra, w tym momencie nieważne jest, żeby być pierwszym. Ważne, żeby to przetrwać. Żeby nie odpaść od ściany. I to mi pomogło. Trening przeszedł, tydzień przeszedł, później człowiek wchodzi na te same obciążenia, więc organizm się dostosowuje. Natomiast najgorszym okresem dla mnie było przejście z Mouscron do Metz pod względem obciążeń. Mimo tego, że miałem 29 lat, to Metz był tym klubem, w którym bałem się treningów do środy. Miałem wrażenie, że ta słabsza kość pęka. Z treningu zwolni cię tylko akt zgonu. Zasuwali strasznie. Później zrozumiałem, że byliśmy drużyną, która trochę chyba musiała rekompensować przygotowaniem fizycznym, dlatego do czwartku to było małe piekło na treningach. Małe piekło pod względem liczby powtórzeń, tego, co trzeba wybiegać i tego, jak jak rywalizujemy o miejsce w pierwszej jedenastce na mecz w sobotę.

KP Rozumiem. Czyli nie jesteś zaskoczony, słysząc wypowiedzi w mediach polskich piłkarzy, którzy wyjeżdżają z polskiej ligi na Zachód albo po prostu za granicę, że dużo czasu zajmuje im tak naprawdę dostosowywanie się najpierw do wymagań fizycznych i dopiero po jakimś czasie mogą wejść na odpowiednie obroty?

Nie jestem zaskoczony. Rzeczywiście w Polsce trenuje się trochę wygodniej. Tutaj trener też musi się mierzyć z tym, że trening musi się zawodnikowi podobać. Bo ja nie przypominam sobie, czy w Belgii czy we Francji, czy nawet na Cyprze, żeby trener zastanawiał się, czy trening będzie się podobał zawodnikowi. Ja czułem w zachowaniu, w podejściu do treningu zawodników, że to oni walczą i że im ciężej jest a ja przetrwam, a ja wyglądam na uśmiechniętego, tym bardziej przekonam trenera. Później po powrocie do kraju widziałem, że czasem trener czuł się lekko „zblokowany”, bo tutaj nie przeciągnij, tutaj troszeczkę odpuść, bo rzeczywiście czegoś zabraknie na mecz i ta świadomość tego, że na meczu czegoś zabraknie, to tak jakby wszystkich ze sztabu paraliżowała. To nie był obowiązek piłkarzy, żeby się przygotować na mecz, tylko bardziej powinność trenera, żeby przypadkiem nic zawodnikowi nie doskiwerało. I dla mnie to było przez pierwsze pół roku dość dziwne.

KP No tak, to jest coś, z czym rzeczywiście w Polsce się zderzamy. Ostatni wywiad Piotra Paszyszka jest tego chyba potwierdzeniem. Byłeś zaskoczony, że pojawiły się takie słowa w prasie? Czy wręcz przeciwnie?

Byłem zaskoczony, bo dla mnie Piotr Paszyszek to taki wydawał się rezolutny i sympatyczny chłopak, z wywiadów po meczu, przed meczem, wyglądał na takiego chłopaka, który identyfikuje się z drużyną, który przyjechał do klubu jako nazwisko kojarzone, ale żaden wielki status. Natomiast wyjeżdżał jako wyraźna postać i wydawało mi się, że trenerowi Fornalikowi mimo wszystko coś zawdzięcza. Ja tego wywiadu nie przeczytałem, natomiast później jakieś opinie do mnie dotarły, że to były takie trochę niepochlebne recenzje co do metod. Piotrek Paszyszek tak samo trochę i w Belgii i w Holandii czasu spędził, więc tam te metody są być może bardziej nowoczesne, bardziej przyjazne, ale wydaje mi się, że tego czasu, który miał w Piaście Gliwice, na pewno nie zaliczy do straconych, a wręcz przeciwnie. To mu dało podstawę do tego, żeby znowu pojechać pojechać do Włoch.

KP Czy nawiązując do tego, o czym mówimy, czyli mimo wszystko do różnicy pomiędzy treningiem za granicą a w Polsce, czy myślisz, że nasze słabsze występy w europejskich pucharach mogą się brać właśnie z różnicy treningów w przygotowaniu fizycznym, czy tam już stricte jakość piłkarska decyduje?

Dla mnie dzisiaj treningi się bardzo wyrównały. To, co ja porównywałem na poziomie lat 2000-2002 na przykład, wtedy rzeczywiście trenowało się jeszcze inaczej. Infrastruktura się bardzo różniła. Dzisiaj pod względem infrastruktury wiele klubów przegoniło to, co było w Belgii. Więc dzisiaj wychodząc na trening drużyny z ekstraklasy, widzę te same rzeczy i te same elementy, ten sam układ i tą samą metodykę, która która była w Belgii. Więc dzisiaj wydaje mi się, że to wygląda bardzo profesjonalnie. Ja bym nie tłumaczył tutaj absolutnie różnicą w trenowaniu czy w jakości treningu między Polską, a dajmy na to Belgią. Powołuje się na te dwa kraje, bo chociażby wczoraj Lech grał ze Standardem, a ja najwięcej czasu spędziłem w Polsce i w Belgii, więc mogę to porównywać. Dzisiaj w Polsce w 90% klubów ekstraklasowych ten trening wygląda tak, jak powinien wyglądać.

KP Czyli gdzieś tam jednak dochodzimy też intensywnością do Zachodu.

Ja się zastanawiam nad innymi rzeczami. Dlaczego piłkarze, którzy wyjeżdżają za granicę, mówią: tutaj dopiero zmieniłem się.

KP Dokładnie. Czemu nie w Polsce?

Tak samo chcemy robić karierę w Polsce, albo być wyraźną postacią w Polsce, jak i za granicą. Ja się tak na głos zastanawiam, bo wydaje mi się, że ze mną było troszeczkę tak samo. Ja zacząłem być tą osobą, którą ktoś zauważył, albo która zaczęła być kojarzona chociażby z jakimś takim seryjnym strzelaniem bramek, dopiero w Belgii. W Polsce, przed wyjazdem do Belgii, nie miałem statusu piłkarza uznanego, albo tego, którego wskazują: być może zapuka do reprezentacji. Ja byłem dodatkiem do Polonii Warszawa, która była raz wicemistrzem Polski za moich czasów, a tak byliśmy taką chyba solidną drużyną środka tabeli. Więc tam poczułem się naprawdę jako piłkarz, jako osoba, która decyduje o obliczu tej pierwszej jedenastki, czy w Beveren czy w Mouscron, i trochę wyzwoliło to u mnie takie nachalstwo na karierę. W Polsce czułem się bardziej zaszufladkowany i pewne przyzwyczajenia co do składu, co do pewnych personaliów, miałem wrażenie, że niektórych młodych zawodników blokują. Nie było to tak odważne jak teraz, kiedy młodzi zawodnicy dostają szansę. Dzisiaj świadomość, pewnie biznesowa, że młody zawodnik, który wejdzie do składu, który zagra 5-6 dobrych meczów, jest potencjalnym zarobkiem dla klubu za rok. W naszych czasach tego nie było. Byłeś narybkiem i musiałeś odczekać albo odsiedzieć swoje, żeby wejść do zespołu. Ten rynek transferowy też nie był tak otwarty. Transfery nie były tak masowe i sam świat skautingu tak naprawdę raczkował. Do Polski nie wiem czy przyjeżdżali obserwować chłopaków, może przy okazji meczu reprezentacji U-21, maksymalnie. Natomiast naszej ligi obserwował. Więc to spowodowało, że rzeczywiście, kiedy poczułem trochę „krwi” w Belgii, to trochę nachalstwa na karierę się pojawiło i motywowało mnie to, że co tydzień jeszcze chociażby na telegazecie czy gdzieś tam w Internecie można było przeczytać, że znowu jakiś gol padł strzelony przez polskiego napastnika.

KP Powiedziałeś bardzo piękne i ważne słowa, zadawałeś bardzo ważne pytanie – a mianowicie dlaczego polski piłkarz nie zadaje sobie pytania „czemu nie w Polsce?”. Czemu dopiero za granicą oczekujemy pewnych metod treningowych, cięższej pracy, albo coś w tym stylu? Wiąże mi się to od razu z pytaniem o dodatkowe treningi. Jak to wyglądało u Ciebie jeżeli chodzi o treningi uzupełniające? Wykonywałeś je czy nie? A jeżeli tak, to od kiedy one zaczęły być wykonywane przez Ciebie świadomie?

Ja zawsze miałem poczucie takie, że praca odpłaci. Jeżeli ja nie jestem takim „czystym talentem”, który to ma i nie musi tego podtrzymywać, tylko musi to wytrenować. Musi pewne rzeczy wykonać tysiąc razy, żeby mieć świadomość, że kiedy w meczu pojawi się dana sytuacja, to wykonam to dobrze. Ja się tego nie wstydziłem. Zaakceptowałem to. Byli i inni, którzy po dwutygodniowej kontuzji wychodzili i rzeczywiście widać było w przyjęciu czy w kopnięciu piłki uszczerbek na jakości. Ja to czułem po sobie, że po kontuzji 2-3 dniowej, potrzebuję dwa tygodnie, żeby wrócić do tego czucia, tej swobody poruszania się i do tego luzu, który lubię w grze. Więc momentalnie przestawiłem się i mówię: Ty nie jesteś artysta, ty jesteś bardziej ten, który musi wykonać swoją pracę, swoją normę i ta świadomość daje ci wtedy poczucie przygotowania do meczu. Więc na wszystkie treningi dodatkowe, tym bardziej, że to były zajęcia z piłką – strzały, trochę techniki – szedłem z przyjemnością. Bo ja wiedziałem, że za 2, za 3, za 4 lata to mi zaprocentuje. Tego nigdy za dużo i i im częściej kopnę piłkę prostym podbiciem albo przyjmę piłkę tak, jakbym chciał, to to tylko mnie „wygładza” i daje poczucie dobrze wykonanej pracy i podstawy do tego, żeby wierzyć, że strzelę gola w następnym meczu.

KP A powiedz mi, czy te treningi uzupełniające u Ciebie się pojawiały głównie kiedy dochodziłeś do siebie na przykład po urazie, po jakiejś dłuższej przerwie? Czy stały się one na pewnym etapie Twojej kariery takim stałym punktem mikrocyklu, które wykonywałeś samodzielnie czy z trenerem przygotowania motorycznego, ale poza poza zespołem? Było coś takiego, czy raczej to był powrót po kontuzji i wtedy te treningi uzupełniające wprowadzałeś?

Wracając po kontuzji to jest niejako Twój obowiązek. Natomiast też nie możesz przedobrzyć, bo wiadomo, że organizm nie jest jeszcze przygotowany, żeby zaaplikować taką dawkę, więc uważałem, żeby nie przesadzić i nie forsowałem. To miało być do granicy pewnego rodzaju wysiłku/przyjemności. Jeśli wchodziłem już tak, że naprawdę „jadę na charakterze”, to wiedziałem, że jestem już w tej czerwonej strefie, gdzie za moment coś może się wydarzyć. Ja to sobie dzieliłem na takie 3 etapy: dobre momenty w karierze albo w sezonie, złe momenty, kiedy nie strzelasz bramek, kiedy siedzisz na ławie, kiedy nie masz miejsca w jedenastce, i kontuzje. Więc w czasie kontuzji to był niejako obowiązek, ale taki dozowany, żeby nie „przesolić”. W sytuacji, kiedy walczyłem o miejsce w składzie, albo walczyłem, żeby znowu tego gola strzelić, to pamiętam, że powtarzałem sobie, że to mi da to poczucie, do którego dążę. W sytuacji, kiedy padały bramki, to niejako czułem, że pewne rzeczy trzeba podtrzymywać – i mimo tego że gole wpadają, to 10-te, 20-te, 50-te kopnięcie piłki do bramki to tylko utrzymuje automatyzm i powoduje, że to się robi jeszcze bardziej przyjemne i jeszcze bardziej proste. Więc ja sobie tak to jakoś rozłożyłem w głowie w czasie kariery i w każdym okresie miałem odpowiednią motywację. Wiedziałem, do którego momentu dążę i co po tym ma nastąpić. Poza tym, miałem brata. Do 26 roku dla mnie te zajęcia dodatkowe, jeśli nie były organizowane przez  trenera, to my zawsze z Michałem zostawaliśmy. On dośrodkowywał, ja kończyłem, albo zostawaliśmy dwójkach i ćwiczyliśmy sobie niektóre zagadnienia techniczne, co w treningu momentalnie czułeś, że to przyjęcie piłki, prowadzenie, gra na jeden kontakt – jest dużo łatwiejsze i wcale nad tym się nie trzeba za bardzo w czasie meczu pochylać, bo to jest. To jest wytrenowane.

KP W 1999 roku, po rocznym pobycie w Beveren i zdobyciu 8. goli, przenosisz się do Mouscron, o którym już wspominaliśmy podczas tej rozmowy. Czy z perspektywy czasu możesz stwierdzić, że ten pobyt właśnie w Mouscron to najlepszy okres w Twojej karierze?

Zdecydowanie tak. To był okres, w którym czułem się najlepiej piłkarsko. To był okres, w którym rodziły się moje dzieci. To był okres, w którym zadebiutowałem w reprezentacji. To jest też okres, w którym byłem takim piłkarzem po 15 bramek i więcej w sezonie. Więc to najprzyjemniejszy okres mojej kariery – to mogę powiedzieć z całą pewnością.

KP Jak mniej więcej procentowo określiłbyś jaki wpływ na tak znakomitą dyspozycję miała zmiana treningu, zwiększenie obciążeń? A na ile procent obstawiłbyś już Twoje doświadczenie, być może poprawę umiejętności technicznych, taktycznych? Jak byś to podzielił mniej więcej?

Dla mnie największe znaczenie miało moje postrzeganie siebie w drużynie. I w Beveren i w Mouscron. I chyba w Mouscron to mnie najbardziej dowartościowało, bo byliśmy drużyną, która mierzyła się z najlepszymi. My nie byliśmy tam „czubem” ligi, natomiast byliśmy grupą pościgową, taką drużyną numer 4, numer 5. Więc jadąc np. do Anderlechtu byliśmy w stanie na wyjeździe sprawić niespodziankę, a u siebie ich spokojnie ograć. I tu jeśli jesteś tym piłkarzem, o którym mówią w kontekście ofensywy,  jako pierwszym, jeśli jesteś piłkarzem, od którego trener zaczynał wystawianie składu, jeśli zgadza Ci się to, że co tydzień, czasem co dwa tygodnie, wpada gol i masz potwierdzenie tego, że skutecznie puentujesz to, co drużyna stworzy na boisku, to to dawało takie poczucie. Może nie lidera, może to jest za dużo powiedziane, ale takiej osoby, która decyduje o obliczu zespołu. I to powodowało, że zaczynałem na treningach od siebie więcej wymagać nie tylko pod względem zaangażowania, ale też samej postawy. Tu zaczynasz się bardziej prowadzić pod względem kontuzji. Nie chcesz, żeby cokolwiek się stało. 70-ta minuta, mecz wygląda na ułożony, czujesz, że w wyniku za bardzo nic się nie stanie, nie wchodzisz w jakieś pojedynki po to, żeby nikt Cię nie kopnął, żeby nie złapać urazu, bo za tydzień jest następna robota. Pojawiła się reprezentacja. Wiesz, że za tydzień czy za trzy dni masz wyjazd na kadrę, też do siebie odpowiednio podchodzisz. Czujesz w meczu, że jesteś troszkę zmęczony, pójdziesz do trenera porozmawiać – panie Trenerze, czuję troszkę ciężej nogi, czy ja mógłbym dzisiaj chwilę z boku albo trochę mniej? I pojawiło się trochę takiego bardziej indywidualnego podejścia i to zarządzanie sobą w treningu, w meczu i w ogóle w tej całej całej czasoprzestrzeni, to spowodowało, że ja poczułem się naprawdę piłkarzem. Do tej pory drapałem o ten status. Wydaje mi się, że ta świadomość prowadzi Cię i w treningu i odpoczynku i w całym zarządzaniu sobą jako piłkarza. I to wszystko złożyło się na to, że zacząłem być trochę bardziej wyraźny jako piłkarz. I pewnie przez to bardziej skuteczny.

KP Jak do tematu regeneracji podchodził Marcin Żewłakow podczas swojej kariery?

Miałem umowę ze swoją żoną, że do środy mogę się podnosić do dzieci, kiedy się urodziły, a od środy ja się skupiam na sobotnim meczu i czy syn czy córka popłakuje, to wiadomo kto się zrywa. Ja też mogłem sobie pozwolić na domowe jedzenie albo lekkie popuszczenie pasa do wtorku. Natomiast od środy już trzymałem się – nie powiem jedzenia fit, bo to nie był okres liczenia kalorii i zastanawiania się, czy mogę połączyć węglowodany z tłuszczem – ale jadłem zdrowo. Jadłem to, co jedliśmy przed meczem, więc posiłki lekkostrawne i rzeczywiście to się dało odczuć w treningu, bo ja nigdy nie miałem problemu ani z wagą ani z innymi rzeczami, które wynikają z niezdrowego prowadzenia się. Wiadomo, że i sen, i pojawiła się wtedy drzemka po treningu. To był taki rytuał, kiedy nawet, jeśli nie udało się zmrużyć oka, to przynajmniej te 40 minut poleżeć, żeby nogi odtajały po treningu i to mi bardzo pomagało. Na chociażby 5 godzin po treningu już czułem, że nogi wyglądają inaczej i nawet mam taki test wchodzenia po schodach. Jak wchodzisz po schodach to zupełnie inaczej czujesz nogi, kiedy są sprężyste i gotowe do wysiłku. Mówisz ok, dzisiaj mogę zagrać mecz. A inaczej wchodzi się po schodach, kiedy jesteś po podwójnej sesji treningowej we wtorek. I to też takie trochę prozaiczne, prymitywne czy prostolinijne, ale to też mi mówiło czy w meczu będzie dobrze, czy lekki wagonik będę ciągnął. Więc tak to wyglądało. To żaden jakiś taki wielki układ. Natomiast żona mi absolutnie nie przeszkadzała. Nie musiałem z żoną jeździć po galeriach handlowych czy robić zakupów od środy, bo wiedziała, że od środy to już jest myślenie o meczu i walka o to, żeby się jak najlepiej do tego meczu przygotować.

KP Czy jeśli chodzi o tego typu kluczowe elementy jak poprawa i wzmocnienie swojej regeneracji – starałeś się w tym temacie edukować sam, pomagali Ci trenerzy? Czy jeszcze z innych źródeł czerpałeś wiedzę, którą później wprowadzałeś do użyteczności? Jak to wyglądało?

Raczej rozmowa z trenerem.  Ewentualnie robiono nam krótkie odprawy. Gene Van Den Broek uświadamiał nas, co można zrobić i wtedy pojawiła się tak samo sprawa zimnej wody. Tego, że od środy nie wchodzimy do sauny. Jeśli chodzi o jakąś wirówkę czy coś takiego, to też do środy. Czwartek, piątek już już bez tego, żeby nie obciążać, nie osłabiać organizmu. Ja też słuchając swojego organizmu, nie lubiłem masażu w dniu meczu. Jak coś to tylko lekkie poklepanie. Nie lubiłem tego głębokiego masażu, na którym mnie uciskiwali. Więc to już jest trochę podejście chyba indywidualneg i tego, na ile potrzebujesz się uświadomić. Tak jak powiedziałem – chyba dwa razy stworzono takie małe sympozjum, panel dyskusyjny odnośnie żywienia i nawodniania przed meczem. Pamiętam, że w Mouscron tam poszedłem i trochę tego posłuchałem, stąd wiedziałem, że przed meczem jak siku żółte, to to może być problem, bo organizm nienawodniony. Także dbałem o to, żeby od piątku już się nawadniać i przygotowywać do meczu, bo na godzinę – dwie godziny przed meczem można tego już nie odkręcić.

KP Jasne. Świetny okres w Mouscron, o czym już powiedzieliśmy. Najlepszy w Twojej karierze. Aż 81 goli w 177 spotkaniach zaowocowało spełnieniem marzeń chyba każdego młodego chłopaka, który zaczynał ganiać się za piłką – czyli debiut w kadrze narodowej i występ w koszulce z orłem na piersi w meczu z Francją. Jak wtedy wyglądały zgrupowania reprezentacji właśnie w kontekście treningu, organizacji, żywienia i przede wszystkim czy to już był okres, kiedy Ty wchodziłeś na początku XI wieku do kadry? Czy wtedy już była instytucja trenera przygotowania motorycznego reprezentacji?

Nie, nie było. To wszystko było trochę sterowane przez Jerzego Engela, natomiast „cepeki”, czyli te wszystkie markery zmęczeniowe, badania krwi, kucharz i odpowiednie jedzenie – to już było zagwarantowane. Więc jadąc na reprezentację, wiedziałeś, że pod względem treningu wszystko będzie poukładane, bo to było zaplanowane. Dalej trener Engel miał ten problem, czy może dyskomfort z tego, że tych jednostek jest niewiele i to trzeba zrobić, zwłaszcza, kiedy trzeba było nas nakierować na przeciwnika, albo przećwiczyć jeden czy dwa elementy związane z meczem z najbliższym przeciwnikiem. Natomiast ja już się czułem tak, że rzeczywiście przyjeżdżam do miejsca, gdzie będzie fajny hotel, dobre jedzenie, dobre boisko do treningu, a ja martwię się tylko o to, żeby odpowiednia jakość wykonania treningu była z mojej strony. Pod tym względem to rzeczywiście, wyjazd na kadrę był troszkę taką podróżą w lepszy świat i chyba z lepszymi zawodnikami, więc dla mnie to było bardzo motywujące, ale też uzależniające. Chciało się tam jechać, chciało się tam być i chciało się przebywać z tą grupą, którą stworzyliśmy wokół reprezentacji Jerzego Engela.

KP Reprezentacja Polski, zwłaszcza TA Reprezentacja Polski, czyli przypominam, mówimy o pierwszej grupie zawodników, która awansowała na mundial po bardzo długim okresie czasu. Dzisiejsi nasi słuchacze mogą być rozpieszczeni tym, w jakich czasach dzisiaj żyjemy, gdzie w większości na tych turniejach się meldujemy, natomiast wtedy to były jednak inne czasy i wtedy taki awans był ogromnym sukcesem i wydarzeniem w całym kraju. Dlatego chciałem jeszcze pociągnąć ten temat i dopytać.

Kuba – to można porównać do Lecha Poznań, który teraz zaczął grać w Lidze Europy. To też jest pewnego rodzaju przełamanie, znowu mamy drużynę w europejskich pucharach i okazuje się, że na tle chociażby Standardu Liège też niczego nie musimy się wstydzić. Myślę, że z reprezentacją wtedy było tak samo. Co prawda ten okres „wyposzczenia” był dłuższy, bo to było 16 lat, a ja, jako młody chłopak, miałem wrażenie, że dokonałem czegoś wyraźnego i czegoś takiego bardzo namacalnego dla polskiego kibica, który był wymagający, ale sprawiedliwy. I pamiętam po tym meczu z Norwegią, miałem poczucie spełnienia, ale też cholernego dowartościowania. Mówię – kurde, załapałem się do drużyny, która dała – chyba mogę powiedzieć dzisiaj -narodowi fajny wieczór piłkarski. I coś, na co nawet po 19 latach część ludzi się jeszcze powołuje. To był  taki moment, w którym rzeczywiście dużo było nadziei i dużo optymizmu, dużo piłkarskiego spełnienia i dla zawodników i dla kibiców. Więc w pigułce – przy występach Lecha w Lidze Europejskiej, kibic pośredni może też to odczuwać.

KP Tak. I tu chciałem jeszcze dopytać właśnie w kontekście tamtej słynnej już drużyny. Jak bardzo według Ciebie – mającego kontakt ze środowiskiem, zawodnikami, trenerami – jak bardzo zmieniły się aspekty m.in. dotyczące treningów, organizacji Twojej reprezentacji do czasów przede wszystkim trenera Nawałki, do czasów dzisiaj trenera Brzęczka. Jak według Ciebie to się zmieniło i co najbardziej?

Przede wszystkim technologia. Dzisiaj generalnie odprawę można przeprowadzić będąc w pokoju. Dzisiaj wszyscy mamy tablety, wszyscy mamy telefony, na które można przesyłać pewne materiały i chociażby przygotowanie do meczu (indywidualne) można też komuś wysłać na whatsappa czy na maila po to, żeby zobaczył kilka plików. Nie jest to wyjście do salki, gdzie dyskutujemy gremialnie i wszystko oglądamy, tylko jest to szybsze, sprawniejsze i takie bardziej spersonalizowane. Wcześniej wszystko odbywało się na zasadzie tych spotkań, wyświetlania były jeszcze za pomocą kasety VHS albo płyt CD. Teraz pliki. Dodatkowo forma przekazu jest dużo przyjemniejsza, dużo bardziej nakierowane na konkret. Wtedy to raczkowało. Chociaż też te odprawy, oglądanie i analizowanie przeciwnika chociażby przez VHS było podejściem profesjonalnym. Dzisiaj jest to trener w swoim pokoju, zawodnik w swoim pokoju i nie muszą się spotykać gdzieś na korytarzu czy u trenera w pokoju, tylko szybkie wysłanie i każdy jest przygotowany. Pewne informacje, które wcześniej przekazywało się grupie, teraz można przesłać indywidualnie i coś przemycić albo coś powiedzieć dyskretnie zawodnikowi. Jeśli chodzi o kontrolowanie zmęczenia, jeśli chodzi o metody treningowe, jeśli chodzi o samo podróżowanie – też jest dużo dużo przychylniej, bo ta regeneracja jest istotna zwłaszcza, kiedy grasz dwa mecze po sobie, jak to miało miejsce w ostatnim miesiącu. Więc tutaj ta technika pomaga. Natomiast sama istota i samo nastawienie jest to samo. Ale też wydaje mi się, że dzisiaj piłkarze są trochę bardziej świadomi pewnych rzeczy i mimo wszystko trochę bardziej pokorni. Wcześniej mogło nam towarzyszyć takie nastawienie, że kiedy gramy z Cyprem, czy gramy z San Marino, czy gramy z Irlandią Północną, to trzeba się trochę postarać i ten mecz się sam rozegra. Dzisiaj – niestety ta topografia piłkarska trochę się pozmieniała i nawet przed meczem z Liechtensteinem wydaje mi się, że jest to nastawienie bardzo profesjonalne już od pierwszej minuty.

KP Bardzo gorący temat to przygotowanie drużyny, przygotowanie reprezentacji do dużego turnieju. To jest temat, który mam wrażenie, rozgrzewa regularnie kibiców do czerwoności. I chciałbym się Ciebie zapytać jak to wyglądało jeżeli chodzi o przygotowania do mundialu w Korei, czyli te 2-3 kluczowe tygodnie pod względem motoryki. Czy rzeczywiście był to okres w reprezentacji, w którym według Ciebie można było przetrenować zawodnika, czy wręcz przeciwnie, te treningi nie były zbyt intensywne i w dalszej fazie turnieju albo w momencie, kiedy się nakładały na siebie spotkania, mogło zabraknąć troszeczkę „pary” w nogach?

Nie chcę być tutaj kategoryczny i mówić, że ktoś był przetrenowany czy nie. Ja byłem tym zawodnikiem, który wchodził., więc tego wysiłku też miałem mniej, więc ciężko mi powiedzieć co czuł Piotrek Świerczewski, Tomek Hajto, czy chociażby mój brat. Oni zagrali te mecze od pierwszej minuty. Ja nie miałem tam jakiegoś fizycznego dołka ani nie czułem, że te nogi ciągnę ze sobą, a nie nogi mnie nie niosą. Natomiast miałem okres w Belgii, gdzie pamiętam, że wychodziłem z treningu i mówię – kurde, ja skończyłem sezon i mam następny obóz. Myślałem, że to będzie bardziej wygładzenie niż przełożenie się na te wymagania fizyczne i na te obciążenia. Były takie momenty, że czułem się jak w okresie przygotowawczym między sezonami. Natomiast ja byłem rezerwowym i teraz nie wiem jak to mam skonfrontować z tymi minutami, które rozegrałem, a jak skonfrontować to z chłopakami, którzy rozegrali trzy mecze po dziewięćdziesiąt minut. Tu wydaje mi się, że to pytanie bardziej do nich, ale ja też byłem bardziej za tym, żeby utrzymywać albo podtrzymywać pewne rzeczy, a nie szukać tego nowego impulsu, który ma nas odmienić po całym sezonie na dużą imprezę. I później wydaje mi się, że to pojawiło się i za trenera Janasa i za trenera Smudy. Ale OK – różne szkoły mówiły, że tak trzeba, a rzeczywistość pokazała trochę inaczej.

KP Czyli w tych prywatnych rozmowach bardziej wydawało Wam się, że jednak ta intensywność po ciężkich sezonach, również oczywiście w ligach zagranicznych, gdzie ta intensywność jak wspominałeś była większa, że jednak ta intensywność podczas przygotowań była za duża? Albo może nie za duża, ale duża?

Tak mi się wydawało i jako piłkarze szukaliśmy tego podtrzymania, a nawet takiego poczucia znowu głodu za piłką, niż podkręcenia śrubki, bo mieliśmy tam niektórzy po 30 meczów. OK, dzisiaj piłkarze mają po 50-parę meczów, bo wtedy akurat nie grało się co trzy dni i ten kalendarz nie był taki napchany, ale każdy z nas miał po 30 meczów ligowych plus pięć meczów w Pucharze danego kraju, więc za 35 meczów zazwyczaj ci, którzy grali w kadrze w swoich klubach, grali regularnie. Wydaje mi się, że tam budowania czegoś nowego po sezonie nie trzeba było szukać – po prostu podtrzymać albo wydobyć to, co  pozostało. Ale po sezonie i głowa i nogi trochę są zmęczone, więc wydaje mi się, że ten element „wyposzczenia” albo takiego głodu piłki by na nas lepiej podziałał niż podkręcanie śrubki. Ale było trochę inaczej.

KP Jasne. I właśnie w nawiązaniu do rozmowy o przygotowaniach reprezentacji do dużych turniejów – już wcześniej powiedziałem, że bardzo często dominującym tematem na pewnym etapie zaczyna być właśnie to przygotowanie motoryczne. I chciałbym się Ciebie zapytać bardziej od strony komentatora – dzisiaj jesteś uznawany na rynku za jednego z najlepszych polskich ekspertów telewizyjnych. Także z punktu widzenia osoby, która dzisiaj komentuje bieżące wydarzenia – czy Twoim zdaniem w Polsce nie ma zbyt dużego kultu przygotowania fizycznego? Czy nie mówimy za dużo o motoryce, a często zapominamy o tym, co najważniejsze – o piłce?

Nie wiem jak mam się zabrać do tego pytania. Dla mnie też, jeśli chodzi o piłkę nożną, to piłka wyznaczała to, czy się chce biegać, czy się fajnie biega, czy bieganie sprawia problem. Bo kiedy biegasz z piłką przy nodze, to się biega chętniej. Jeśli udaje ci się tworzyć i kreować akcje – to biegasz więcej i inaczej odczuwasz zmęczenie. Jesteś chętny do pomocy, jesteś trochę uzależniony pozytywnie od tego, że może znowu akcja, może znowu coś tam wyjdzie. Czyli biegasz za piłką. Jeśli przesuwasz się po to, żeby blokować, nie interesuje Cię piłka, tylko skupiony jesteś na tym, żeby przeszkadzać, spowalniać albo oddalać od swojego pola karnego – to to bieganie bardziej męczy. I wydaje mi się, że jeśli proporcje są takie, że tego modnego biegania jest 65%, to w tych 35%, które pozostanie na to, żeby coś z piłką zrobić ofensywnie, robisz to z mniejszym animuszem. Robisz to z mniejszą ochotą, z mniejszą pasją. I ja zawsze wolałem grać w drużynach, które utrzymywały się przy piłce, które kreowały, niż w tych, które dostosowywały się do przeciwnika i szukały swojego kwadransa – 20 minut w przeciągu w ciągu całych 90 minut, żeby coś zrobić ofensywnie. Natomiast sport idzie w ogóle w przygotowanie atletyczne. Nie fizyczne, a atletyczne. Dzisiaj nie ma małych obrońców. Dzisiaj jak popatrzysz nawet na defensywnych pomocników, to zazwyczaj są mocni i wysocy chłopcy – więc od przygotowania fizycznego nie uciekniesz. Z drugiej strony, jeśli brakuje ci umiejętności piłkarskich, to w jaki sposób możesz to zrekompensować. Tylko właśnie „ofiarnością”, czyli bieganiem, robieniem wślizgów i przeszkadzaniem. Więc ja też jestem za tym, żeby to, jak gramy, wyznaczała dobra drużyna lub zła drużyna, niż organizacja gry. To jest to. Jestem takim wytrychem i workiem, do którego można wszystko wpakować. Organizacja gry? Ja posiadania piłki nie doceniam, liczby wymienionych podań nie doceniam. To nie są statystyki, które decydują o tym, czy dobrze grasz w piłkę czy nie. Dla mnie to są jałowe parametry. Ja bym stworzył parametr np. stosunek liczby wykonanych podań do podań wykonanych do przodu. To decyduje. Czy pykałeś sobie z tyłu po koronce czy przerzuca piłkę i zdobywałeś podaniami teren, przechodząc na połowę przeciwnika. Dla mnie takie parametry decydują o tym, czy drużyna jest zdolna, czy ma potencjał ofensywny. I powiem szczerze – ja drużyn, które bronią się przez 70 minut i atakują przez 5, strzelają bramki ze stałych fragmentów gry i wygrywają 1:0, nie doceniam. Dla mnie to jest trochę takie na przetrwanie i takie mecze się zdarzają, natomiast na 34 mecze w sezonie, takich meczów powinno być 5. A 20 takich, w których próbujesz pozostałe te, w których być może ktoś zdominuje, bo nie jesteś drużyną wiodącą w danej lidze. Ja mam takie podejście. Jeśli jesteś słabszy to musisz czymś zrekompensować i rekompensujesz właśnie bieganiem.

KP Bardzo się cieszę, że mówisz dokładnie w taki sposób. Dlaczego? Bo paradoks tej sytuacji jest taki, że ja zajmując się zawodowo przygotowaniem fizycznym, powinienem bronić  tej strony, mówić o niej dużo, jak jest bardzo istotna. Natomiast dlatego zadałem Ci to pytanie, ponieważ to, co ja zauważam, śledząc rozgrywki przede wszystkim w lidze niemieckiej i w lidze angielskiej – tam dyskusja na temat przygotowania fizycznego w studio praktycznie nie istnieje. Tam właśnie osoby są skoncentrowane na tym, co Ty do mnie powiedziałeś podczas tej krótkiej rozmowy, czyli na szukaniu przewagi stricte techniczno-taktycznej jeżeli chodzi o umiejętności piłkarskie. Tam przygotowanie fizyczne jest traktowane jako mus. Czyli zawodnik, który nie jest przygotowany fizycznie, żeby na dobrym poziomie wytrzymać 90 minut, nie kwalifikuje się do tych dwóch lig i tam po prostu tego tematu nie ma. Natomiast w Polsce, wydaje mi się, że dosyć często łatwo nam przychodzi określenie, że zespół jest słabo przygotowany fizycznie w momencie, w którym jakiś zespół ponosi porażkę. To pytanie było w tą stronę – czy to nie jest wytrych, którym najłatwiej przykryć słowo „porażka”.

Wytłumaczenie. Łatwe wytłumaczenie. Natomiast dla mnie to, że drużyna dobrze biega, to nie znaczy, że ona będzie dobrze grała w piłkę. A drużyna, która dobrze gra w piłkę, chętniej biega. I nawet kiedy masz się przeciągnąć, masz wyjść troszeczkę w swoje rezerwy, to kiedy gra się układa, bo jest zmysł, jest porozumienie, jest pomysł, jest improwizacja – to więcej z siebie wykrzesasz. Bo możesz biegać przez 45 minut naprawdę intensywnie, ale jak nie stworzyłeś akcji to entuzjazm opada i chce się mniej. Można podnosić premie zawodnikowi, ale jak ma mało piłki w piłce, to nawet gdyby mu podnieść premię x5 – i tak lepiej nie będzie grał. Więc ja na treningu na przykład patrzyłem, czy to przyjęcie piłki jest czyste, czy uderzenie jest w światło bramki. Bo to są elementy, które powodują, że dana akcja ma swój wydźwięk, który działa na drużynę i masz ochotę to powtórzyć. Jeśli Ci się powtórzy to okazuje się, że te 15 minut to jest ten moment, w którym możesz zdominować rywala. To coś, w czym Ty rośniesz, zabierasz przeciwnikowi i w ten sposób wygrywasz ten mecz „psychologiczny” z przeciwnikiem przynajmniej na 15-20 minut. Bo trzeba oddać to, że piłka też się zmieniła. Dzisiaj nie dominuje się 90 minut. Dzisiaj gra się trochę okresami. I tak jak coraz częstszy jest wysoki pressing, później trochę gra w średniej czy w tej niskiej obronie. Ja to jestem w stanie zrozumieć, chociaż jestem zwolennikiem tego, jak gra chociażby Barcelona. Oni chcą trzymać piłkę i chcą dominować, chcą grać na połowie przeciwnika – jak się da, to przez pełne 90 minut. Ale ostatni mecz chociażby z Dynamem Kijów też pokazuje, że takie drużyny jak Barcelona z takimi piłkarzami jacy tam grają, też nie potrafią zrobić tego z teoretycznie słabszymi. Bo gdyby ten mecz zakończył się wynikiem 2:2, to wydaje mi się, że tam wielkiego rozczarowania czy wielkiej niespodzianki by też nie było. Bo Dynamo Kijów też zasłużyło na nie wiem czy nie na drugiego gola.

KP Zgadza się. Dokładnie. Powoli będziemy przechodzić już do końca, ale nie mogę nie zapytać o dwa kraje, w których kontynuowałeś swoją karierę. Pierwszym z nich jest Francja, o której już wspominaliśmy. W 2005 roku przechodzić do Metz, które jeszcze pod koniec lat dziewięćdziesiątych walczyło o mistrzostwo Francji w pamiętnej rywalizacji z Lyonem. I chciałbym Ciebie zapytać, na ile prawdziwe jest powiedzenie, że każdy kraj ma swoją specyfikę w kontekście treningu? Chciałem zapytać osoby, która ma doświadczenie w krajach takich, jak Francja, Cypr, Belgia, no i oczywiście Polska. Na ile to jest prawdziwe? Czy dostrzegałeś tą różnicę w specyfice treningów czy nie? Jak to wyglądało w Metz?

Dla mnie Francja, czyli Metz, to były najcięższe treningi. Tam miałem wrażenie, że trener w ogóle nie patrzy, czy zawodnika to dużo kosztuje, czy nie. Jest norma do wykonania i to trzeba przetrwać. A to, czy przetrwałeś i czy przetrwałeś w taki sposób czy w taki, to zastanów się, jak śpisz, co jesz i jak odpoczywasz. To jest Twój problem.

KP Dokładnie. Przerzucało się odpowiedzialność na zawodnika. On miał być przygotowany.

Zdecydowanie. Druga rzecz we Francji – chłopak, który przychodził z akademii to był facet, który naprawdę chciał zabrać miejsce zawodnikowi w osiemnastce, nie w pierwszej jedenastce. Na pierwszą jedenastkę jeszcze go nie było stać, ale żeby do osiemnastki wskoczyć, to miał do tego predyspozycje, był przygotowany fizycznie, taktycznie i technicznie. Więc rzeczywiście ja pamiętam za moich czasów przychodzili tacy piłkarze jak Sébastien Bassong w Metz czy Baba Cargill. To był chłopak, który za czasów mojej bytności w Metz nie łapał się do osiemnastki, został wypożyczony do trzeciej ligi, a za 2 czy 3 lata chyba w New Castle strzela bramki w Premier League. Sébastien Bassong był Tottenhamie i później jeszcze zwiedził kilka klubów w lidze angielskiej, więc rzeczywiście tam spotkałem się z tym, że ta akademia produkuje może nie gotowe produkty, ale te elementy, o które trener pierwszego zespołu może się w kontekście osiemnastu zawodników spokojnie otrzeć. Że trening piątkowy to nie jest takie nasze „pikum pakum” bezkontaktowo, tylko tam trzaskały kolana i piłkarze łapali kontuzje takie, że nie mogli jechać na mecz, co mnie czasem irytowało, bo byliśmy drużyną z dołu tabeli i to takiego głębokiego, więc dla mnie to była trochę autodestrukcja, ale taka była natura Francji i tam była walka wręcz o przetrwanie. Kto lepszy, ten przetrwa i tyle. Belgia z kolei miała dla mnie kult tego przygotowania fizycznego i odrobiny piłkarskości. Cypr z kolei bardziej techniczne podejście, które jest podszyte tym, żeby bieganie Ci nie przeszkadzało. Ja tak do tego podchodziłem. Tam obciążenia fizyczne mi absolutnie nie przeszkadzały. Dużo było gierek, dużo było strzelania, fajne. Pamiętam, że to była taka piłka nożna południowa, gdzie ważny jest efekt, ważne jest, żeby były bramki, żeby wygrywać. Pokrótce tak to mogę scharakteryzować. Co mi najbardziej pasowało? We Francji powiem szczerze – we Francji bardziej byłem, niż grałem. Zagrałem 13 meczów i to był jedyny klub, w którym w lidze nie strzeliłem bramki, co mnie kłuje do dzisiaj. Chyba Belgia,a później Cypr to było to, co odczuwałem i gdzie najlepiej się czułem.

KP A jeżeli chodzi o takie powiedzmy „twardsze” dane – w którym kraju w największym stopniu był nacisk na trening siłowy, a w którym poprawa parametrów wydolnościowych była mocniej akcentowana?

Dla mnie Francja – zdecydowanie wydolność. Belgia to przygotowanie atletyczne, czyli trochę siłowni, trochę takich zajęć pamiętam – lekkie sztangi, piłki lekarskie i praca z linami na boisku. Cypr – z racji trochę temperatury, podchodzili bardzo poważnie do samej regeneracji, do tych wielkich kubłów z zimną wodą, do odzyskania świeżości jak najszybciej po rozegranym meczu. I pamiętam, że często ustawiano taki parkour z drabinek albo niewielkich płotków, przez które czasem skakaliśmy. Czasem trzeba było przejść pod tym, czasem trzeba było przejść nad tym – i to wszystko było po to, żeby w delikatny sposób pobudzać mięśnie po wysiłku. Później zimna woda. Pamiętam, że to był obowiązek. Każdy musiał wejść do zimnej wody na 30 sekund 3 czy 4 razy. Teraz chyba też w naszej lidze jest obecne, w szatni taki kubeł czy taka wanienka jest przygotowana, ale tam z racji tej temperatury, już po meczu to wszystko było robione. Następny trening to „małpi gaj” i trochę takiego przechodzenia, trochę takiej gimnastyki dynamicznej. Ale co by nie mówić, Cypr to też kawa frappe i trochę „siga, siga”, czyli „spokojnie, spokojnie” więc tam świeciło słońce. Co mnie zaskoczyło to to, że po treningu każdy z Cypryjczyków, jak jeździliśmy do Austrii na obozy przygotowawcze, to po treningu każdy wychodził usiąść na basenie – nie kąpał się, ale siedział na basenie wyciągnięty do słońca. 20-25 minut oni musieli powygrzewać się w słońcu. To jest nie wiem, czerpanie energii czy obyczajowość piłkarza cypryjskiego, ale trener Ivan Jovanović absolutnie tego nie gonił i to rozumiał, więc każdy z nich kawa w ręku i troszkę z buźką do słoneczka.

KP Ok. Ze słonecznego Cypru w 2010 roku przenosimy się do Polski. Przechodzisz do zespołu z Bełchatowa. Jak porównałbyś Polskę, z której wyjeżdżałeś pod koniec XX wieku do tej, którą zostałeś właśnie w Bełchatowie, pod kątem infrastruktury, zmian technologicznych, metod – przede wszystkim treningowych, wiedzy trenerów? Gdybyś miał wyróżnić trzy jakieś największe zmiany, co by to było?

Przede wszystkim ta specyfika treningu. Kiedy przyjechałem do Bełchatowa to miałem tą tematykę poniedziałek – to, środa – to, czwartek – to i wiedziałeś, co w danym dniu będziesz robił. Nie było misz-maszu i nie było improwizacji na zasadzie „aha, dzisiaj jest siedemnastu, to paka na pakę”. Tego nie było. Wszystko było rozpisane. Momentami było nawet tak, że przy tych ćwiczeniach każdy był przypisany do swojej pozycji, więc ten trening był spersonalizowany. Stąd ja miałem poczucie, że trener też wie, co robi i że to jest trochę nakierowane na najbliższy mecz i na konkretną taktykę. To buduje zawodnika, bo rzeczywiście czujesz się dostrzeżony i czujesz, że trener tą mapę ma przed sobą rozłożoną, a nie działa bez światła i bez mapy. Boiska treningowe były przede wszystkim przypisane do każdej drużyny. Na naszym boisku nie mogła trenować żadna inna drużyna, no chyba że był jakiś wyjątkowy mecz, to ich wpuszczano. Więc to boisko treningowe też było przygotowane i wyglądało zupełnie inaczej. Ja wyjeżdżając do Belgii pamiętam, że potrafiłem objeździć wszystkie stadiony w Warszawie, bo Polonia nie miała za bardzo bazy treningowej, albo trenować na łuku za bramką. To była wtedy patologia. Więc przyjeżdżającz powrotem – tego nie było, szatnia tak samo stała, każdy swoje miejsce, każdy swoja swoja szafka. Jeśli chodzi o sprawy medyczne, tak samo był lekarz na stałe, więc można było z tej opieki medycznej korzystać. Dopuszczenie do tego, żeby zrobić coś poza treningiem, czyli jeśli ktoś miał swojego masażystę albo swoją osobę, która go prowadziła fizycznie, absolutnie trener czy klub w to nie ingerował. Pod warunkiem, że to nie było jakieś pogwałcenie klauzuli kontraktowej. Dodatkowe ćwiczenia czy dodatkowy trening – bo kiedy ja wyjeżdżałem, czegoś takiego jak trening mentalny nie było. Wracając, już pojawiły się osoby, które potrafiły Ci pod tym kątem pomóc. No i kwestia jedzenia. Co prawda jedzenie mnie trochę przeraziło w Bełchatowie w pierwszych miesiącach. Pamiętam jak jechaliśmy na pierwszy wyjazd do Jagiellonii Białystok. Jemy w piątek, w sobotę mecz. W piątek na kolację dostaję żurek. Jako nowy zawodnik myślę sobie, że na bank Grzesiek Fonfara czy tam Jacek Popek zrobili mi numer i patrzą, czy złapię za łychę i zacznę wiosłować. Ale wjeżdża żurek do kolegi, do kolegi, do kolegi. Mówię: co to jest? Kuchnia polowa? Byłem zszokowany. Nie mówię, może jakiś tam lekki rosołek czy coś takiego, albo jakiś mus z dyni, a tu wszyscy żurek. Za moment wjeżdża kotlet schabowy. Mówię: co to jest? I pamiętam, że mnie wyłapał Jacek Popek i popatrzył i mówi: Marcin, widzę Twoje oczy, ale tutaj jeszcze pod względem jedzenia to kuchnia staropolska. Natomiast jutro spokojnie – przed meczem dostaniesz makaron i kurczaka.

KP I tak pewnie było?

Tak było. Natomiast ten piątek był taki troszkę jak u babci. Brakowało pytania, czy schabowy na pewno na smalczyku zrobiony, czy na szybkim oleju.

KP Myślę, że dzisiaj się to też zmieniło.

Dużo rzeczy się zmieniło i to przypominało to, co w Belgii, to co na Cyprze i to, co we Francji, ale kilka jeszcze elementów naszego folkloru pozostało. Wydaje mi się, że dzisiaj już jest to wyprowadzone naprawdę „na ludzi” i to wygląda w stu procentach profesjonalnie. Jak patrzę jak drużyny podróżują i jak ci piłkarze wychodzą z autobusu, wszyscy z tymi „obciągarami” które mają poprawiać regenerację, te bielizny termiczne – tutaj pełna profeska. Widzę, że to nie jest obowiązek klubu, tylko każdy z piłkarzy dba o siebie indywidualnie i to też pokazuje, że ta świadomość jest dużo bardziej wyostrzona.

KP A żeby jeszcze przybliżyć słuchaczom jak to wygląda w ekstraklasie – pamiętasz może pod kątem fizycznym, jak powiedziałeś że było uszeregowane, poniedziałek, wtorek, środa, czwartek, piątek, mniej więcej wiedzieliście zawsze co ma będziecie robić. Pamiętasz może jak to wyglądało pod kątem motoryki, na czym się koncentrowaliście w poszczególnych dniach?

Pytasz o Bełchatów? Poniedziałek to był interwał, rozłożone pachołki tak naprawdę na całym boisku i takich 7-8 stacji, gdzie przyjmuje piłkę, przekazujesz następnemu, przeskakujesz na kolejny pachołek i to wszystko kończy się strzałem na bramkę, więc taki interwał, ale z piłką przy nodze, nie było już tam jakiegoś biegania wokół boiska, tylko wszystko przy piłce, żeby nawet przy tym delikatnym zmęczeniu, które drugiego dnia zawsze piłkarzowi towarzyszyło, żeby to rozbijać, ale w ten przyjemny sposób. I to też bez gonitwy, tylko w utrzymaniu się w odpowiednim przedziale tętna, trochę dziadka, żeby też wprowadzić troszkę rozciągania, a później znowu odnowa. Wtorek był takim najtrudniejszym dniem, gdzie była siłownia. Później były strzały, ewentualnie rano strzały i później siłownia. Środa – małe gry, czasem nastawione. To, co mnie najbardziej drażniło to to, że czasem ta mała gra i szybka gra trwała 45 sekund. To po to, żeby dać impuls i ja potrafiłem w tej 45-sekundowej gierce dwa razy dostać piłkę, więc zastanawiałem się czy chodzi o grę w piłkę czy o impuls motoryczny. No ale OK, takie rzeczy były. Czwartek – trochę taktyki i sposób rozegrania akcji. I tam na przykład czy trener Bartoszek czy trener Kiereś miał np. 3 formy wprowadzenia piłki do gry i 3 formy rozegrania akcji w zależności od przeciwnika, którego mieliśmy na rozkładzie w weekend. I to był dzień, w którym już mogłeś wiedzieć, czy grasz czy nie grasz, bo zazwyczaj w pierwszej kolejności wykonywała to pierwsza jedenastka, a później tzw. fusy. A piątek to to, co przyjemne, zazwyczaj krótka gra, taka trochę zabawowa, trochę żeby się pośmiać. Dużo śmiechu, dużo emocji na boisku. Mała gra później po ziemi, ale z tym podziałem na tą pierwszą jedenastkę i na rezerwowych. Kilka fragmentów gry, a później dopieszczenie. Ci co do karnych to do karnych, ci co rzut wolny to rzut wolny, kilka dośrodkowań pewnie dla napastników i zjazd do szatni. Sobota walcowanie.

KP Już na koniec – to, co obserwowałem, albo wiele osób obserwowało, wielu zawodników po zakończeniu kariery ma duży problem z utrzymaniem formy, z kontynuowaniem tej swojej pracy fizycznej. Jak to jest u Ciebie? Masz z tym problem czy raczej starasz się o to dbać i w jaki sposób?

Coraz mniejszą ochotę mam na grę w piłkę nożną – to przyznam i nie wiem czy ja po prostu nie wybiegałem swojej liczby kilometrów i już trochę mi się teraz nie chce. Natomiast  i rower i czasem sobie pobiegać po lesie – lubię. Kiedy nie ma aktywności przez cały tydzień, to czuję się trochę taki zapuchnięty i taki zgnuśniały, więc to mi przeszkadza. Ja lubię poczucie takiej lekkości i pójść 2-3 razy w tygodniu poruszać się, pojeździć na rowerze czy się przebiec. To powoduje, że czuję się lepiej. Po karierze najbardziej brakuje mi prysznica po treningu, bo to był ten moment, kiedy wiedziałeś, że wykonałeś swoją pracę i stojąc pod prysznicem zastanawiałem się czy to było średnio, dobrze, czy bardzo dobrze. Więc to jest jedyny moment, którego mi brakuje po karierze. Jeśli chodzi o specyfikę szatni – nacieszyłem się szatnią, więc jakoś do tego nie mam wielkiego wielkiego sentymentu. Jeśli chodzi o cały program, ten poniedziałek, wtorek, środa, wyjazd na mecz i ten rytm piłkarza ligowego – tego mi w ogóle absolutnie nie brakuje. Po karierze cieszę się, że jestem po drugiej stronie płotu i dzisiaj to ja mogę oceniać, a nie być oceniany.

KP Rozumiem. Teraz chyba jedno z najważniejszych pytań podczas tej fajnej rozmowy. Co powiedziałbyś dzisiaj 25 lat młodszemu Marcinowi Żewłakowowi?

Chyba to, że nie daj sobie wmówić, że czegoś nie masz, jeśli czujesz, że to masz. To bym powiedział. I bez względu na to z kim jesteś, gdzie grasz i przeciwko komu grasz, bądź sobą. Tyle.

KP A co w największym stopniu byś poprawił, zmienił podczas swojej kariery? Treningów? Podejścia?

Na pewno bym nic nie zmienił. Jeśli mógłbym coś dorzucić to pewnie ten trening mentalny, bo za moich czasów trenowaliśmy ciało od pasa w dół. Nogi to był trening. Dzisiaj trening obejmuje też trochę głowę, a niektórzy nawet do definicji treningu zaliczają sen czy drzemkę po treningu. Więc to są te elementy, które są teraz bardziej wyprowadzone i bardziej obecne. Na pewno wkręciłbym się w żywienie jeśli chodzi o to, co się je, jak się je, kiedy się je – tutaj oddałbym się jakiemuś dietetykowi i kontrolowałbym, czy rzeczywiście ta forma jedzenia i ta dieta albo to menu mi pasuje i wystarcza. Na pewno miałbym człowieka od masażu, takiego głębokiego, w środę. A reszty bym nie zmieniał. Ja byłem takim zawodnikiem, który lubił celebrować zwycięstwo, więc nie ukrywam, że po meczu lubiłem wyjść. Natomiast do momentu ostatniego gwizdka sędziego o tym nie myślałem. Uważam że jest czas na pracę i jest czas na celebrowanie tego, co dobrze wykonane. Muszą być emocje. Jedną rzecz, którą być może bym zmienił u siebie, to uwolniłbym bardziej emocje, bo jak przyglądam się na radość po golach, które strzelałem, to ta radość była taka trochę biedna. A to wynikało tak, że miałem się za napastnika, czyli to strzelanie bramek jest powinnością, a nie pasją. A patrząc na niektóre radości wydaje mi się, że to jest taki moment euforii, którą chce się przeżywać. I jeśli raz uwolnisz te emocje i potrafisz się tak naprawdę cieszyć z pasją, to to zaczyna Cię uzależniać, więc bardziej chcesz do tego wrócić za 5, za 10, za 15 minut w czasie meczu. To tutaj jeśli mógłbym coś zmienić albo komuś coś podpowiedzieć, to że futbol to emocje i trzeba czasem umieć na boisku tak pozytywnie zwariować.

KP Marcin dziękuję bardzo za rozmowę. Jestem przekonany, że osoby, które nas słuchały, wyciągną mnóstwo dla siebie – zarówno jeżeli chodzi o podejście do kariery, jak również do treningów. Dziękuję bardzo. Do zobaczenia, do usłyszenia! 


(Visited 238 times, 1 visits today)